Dzień dobry Kochani,
Piszę, bo nadszedł wiatr zmiany....
Zapraszam Was na własną stronę autorską: http://www.laurabellini.pl/
Od dzisiaj tam będziemy się spotykać.
Kochani, dziękuję za te lata spędzone tutaj, utwierdziły mnie w przekonaniu, by pójść tą droga dalej.
Są zmiany, piszę pełną parą. Ukończyłam książkę dla dzieci, premiera już w lipcu! Zapraszam po szczegóły na stronę!
Jestem w połowie pracy nad zbiorem opowiadań oraz powieścią.
Zapraszam na stronę!
Do zobaczenia!
Laura Bellini
www.laurabellini.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O mnie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 czerwca 2015
wtorek, 7 października 2014
Nowa Rzeczywistość po raz drugi.
Już minął miesiąc z hakiem od kiedy trwa Nowa Rzeczywistość.
Pojawienia się dziecka daje wiele radości, masę energii.
Motywuje i mobilizuje do działania na różnych polach.
Maluszek daje popalić w nocy, nie chce się przystosować do ogólnie przyjętego przez ludzkość czasu spoczynku, ale takim Maleństwom wybacza się wszystko.
Przy karmieniu piersią spędzam długie godziny i podczas staram się podczytywać ile się da.
Różne książki i czasopisma. Aktualnie magazyn Książki, Słówka Boya oraz kryminał Agathy Christie.
Może uda mi się napisać kilka recenzji i podzielę się nimi z Wami.
Maluszek daje popalić w nocy, nie chce się przystosować do ogólnie przyjętego przez ludzkość czasu spoczynku, ale takim Maleństwom wybacza się wszystko.
Przy karmieniu piersią spędzam długie godziny i podczas staram się podczytywać ile się da.
Różne książki i czasopisma. Aktualnie magazyn Książki, Słówka Boya oraz kryminał Agathy Christie.
Może uda mi się napisać kilka recenzji i podzielę się nimi z Wami.
O mojej książce nie zapomniałam i mam nadzieję dać radę!
Trzymajcie kciuki.
Trzymajcie kciuki.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Mundial.
Puk? Puk?
Jest tam kto?
Czy wszyscy siedzą przed ekranami telewizorów i śledzą mundial?
Ja też staram się śledzić mecze bądź tylko ich wyniki, gdyż bardzo lubię piłkę nożną.
Ten mundial jak na razie jest obfity w strzelone gole oraz kontrowersyjne decyzje sędziowskie.
Dzisiejszy hit: Niemcy- Portugalia jak dla mnie był rozczarowujący pod wieloma względami. Fatalny sędzia, niezgrana Portugalia, niewyrównana walka. O ile ciekawsze są mecze, których media aż tak nie nagłaśniają, a które od pierwszego gwizdka przez dziewięćdziesiąt minut są porywające, zaskakujące, jak np. Kostaryka - Urugwaj z wynikiem 3:1?
Czekam na piątkowy mecz, którego jestem bardzo ciekawa, a mianowicie: Włochy- Kostaryka. Obydwie drużyny lubię. Pierwszych od dawna, a to głównie za geniusz gry Andrea Pirlo i inteligencję wypisaną na jego twarzy, a drugi zespół od ostatniego meczu za serce do walki i energię płynącą od zespołu.
Macie swoich mundialowych faworytów?
Co u Was słychać? Czy cieszycie się latem i pogodą?
Dawno mnie tutaj nie było. Moje wcześniejsze zapowiedzi cotygodniowych wpisów stały się fiaskiem. Myślałam o nich i o blogu, ale ogarnęła mnie niemoc i zwątpienie. Też tak macie?
Muszę jakoś przełamać ten impas i wziąć się w garść.
Zapraszam na jutrzejszy wpis o bardzo znanej książce...
Jest tam kto?
Czy wszyscy siedzą przed ekranami telewizorów i śledzą mundial?
Ja też staram się śledzić mecze bądź tylko ich wyniki, gdyż bardzo lubię piłkę nożną.
Ten mundial jak na razie jest obfity w strzelone gole oraz kontrowersyjne decyzje sędziowskie.
Dzisiejszy hit: Niemcy- Portugalia jak dla mnie był rozczarowujący pod wieloma względami. Fatalny sędzia, niezgrana Portugalia, niewyrównana walka. O ile ciekawsze są mecze, których media aż tak nie nagłaśniają, a które od pierwszego gwizdka przez dziewięćdziesiąt minut są porywające, zaskakujące, jak np. Kostaryka - Urugwaj z wynikiem 3:1?
Czekam na piątkowy mecz, którego jestem bardzo ciekawa, a mianowicie: Włochy- Kostaryka. Obydwie drużyny lubię. Pierwszych od dawna, a to głównie za geniusz gry Andrea Pirlo i inteligencję wypisaną na jego twarzy, a drugi zespół od ostatniego meczu za serce do walki i energię płynącą od zespołu.
Macie swoich mundialowych faworytów?
Co u Was słychać? Czy cieszycie się latem i pogodą?
Dawno mnie tutaj nie było. Moje wcześniejsze zapowiedzi cotygodniowych wpisów stały się fiaskiem. Myślałam o nich i o blogu, ale ogarnęła mnie niemoc i zwątpienie. Też tak macie?
Muszę jakoś przełamać ten impas i wziąć się w garść.
Zapraszam na jutrzejszy wpis o bardzo znanej książce...
środa, 26 marca 2014
Uwagi
Kochani, wiem, że jedno wyznanie wymaga uściślenia. Ponieważ entuzjastycznie pochwaliłam się Wam, że piszę (w notce z 20 marca ), chciałabym sprostować, że blogowi czytelnicy mogą liczyć na wpisy cotygodniowe. Ponieważ ten blog jest równie dla mnie ważny, nie chcę go tak zapuszczać, dlatego solennie obiecałam sobie moją obecność tutaj raz w tygodniu.
Książka się pisze. Mam nadzieję, że mi kibicujecie.
A tymczasem cieszcie się wiosną i czytajcie książki. Tylko nie zapomnijcie o mnie!
czwartek, 20 marca 2014
UWAGA, TADAM !
![]() |
| Jeszcze lekko zimowy pejzaż z mojego okna. Teraz jemioła już się zazieleniła. |
Pora na rozliczenie się z mojej deklaracji, o której pisałam- tutaj. Miała być minimum strona dziennie. Dużo z tego nie wyszło. Z pewnością rehabilituje mnie marzec, bo uwaga- TADAM: WZIĘŁAM SIĘ PORZĄDNIE ZA PISANIE.
Niech moim usprawiedliwieniem będzie pierwszy trymestr ciąży, który rozbił mnie o tyle, że popadłam w wielką senność. Natomiast trochę nadrobiłam zaległości czytelnicze w tym czasie.
Co do terminu 31 marca, kiedy to upływa czas nadsyłania powieści do konkursu, siłą rzeczy jest on dla mnie nieosiągalny.
Nic nie szkodzi, teraz kiedy już lepiej panuję nad moim zasypianiem, piszę i zamierzam dać z siebie wszystko przez najbliższe trzy miesiące. Mówią, że drugi trymestr jest najbardziej korzystny jeśli chodzi o samopoczucie. Przekonam się. Bo pomimo drugiej ciąży (po dziewięciu latach), ta przebiega zupełnie inaczej. Z pewnością ostatnie miesiące przed rozwiązaniem, przypadające na czas letni, a być może i upalny, będą już o wiele trudniejsze. Biorę to pod uwagę, dlatego tak ważne jest " teraz ". Pomiędzy intensywnymi spacerkami- pisanie.
Oj joj! Ten rok jest naprawdę pełen wyzwań!
sobota, 14 grudnia 2013
Elvis Presley- THE KING IS ONLY ONE.
Cóż mogę poradzić, kocham tego gościa i jego głos. Król jest tylko jeden. Forever ;-). Ten najbardziej męski z męskich- Elvis:
piątek, 24 maja 2013
środa, 22 maja 2013
Radość życia
Radość życia odnajduję w:
- czytaniu książek
- rozmyślaniu o książkach
- interesowaniu się książkami
- przeżywaniu literatury (dzieło + twórca + historia)
- pisaniu
- myśleniu nad słowami i językiem
- wymyślaniu bohaterów i fabuły
- robieniu notatek z przelotnych myśli i pomysłów
- obcowaniu z przyrodą
- przyglądaniu się drzewom
- piosenkach (muzyka + tekst)
- tańcu
- ... oczywiście poza przebywaniem z bliskimi. :-)
piątek, 3 maja 2013
Górecki, moje górecki kochane...
Mamy ciepły majowy deszcz i całkowite zachmurzenie nieba. Ziemia paruje, a bujna zieleń aż tryska soczystością. Wszystko rośnie.
A jeszcze tak niedawno, w końcówce kwietnia mieliśmy wybuch lata po zimie.Tak się składa, że w tych pięknych okolicznościach przyrody, zostałam wysłana na delegację w bardzo piękne miejsce...
Oto kilka zdjęć z Międzybrodzia Żywieckiego na początek maja.
| Góra Żar z dołu. |
sobota, 13 kwietnia 2013
Bilans 3 miesięcy
Jutro mijają 3 miesiące od założenia bloga.
Bilans?
11 wpisów.
Mało.
Jak zwykle istotny banał zwany "życiem" stał na przeszkodzie.
Praca zawodowa, by móc z czegoś prząść. Odwieczny brak czasu. Przeszkody techniczne- zajęty komputer.
Przeszkody fizyczne- zapalenie spojówek.
Bardzo trudno wyrwać te chwile na pisanie.
Bardzo trudno walczyć ze zmęczeniem i sennością.
Dochodzę do wniosku, że u mnie w ogóle nie występuje coś takiego jak "czas wolny".
Naprawdę go nie mam. Bo jeśli poświęcam go na moje 'widzimisię', to z czymś innym nawalam, nie nadążam, opóźniam. Albo nie dosypiam.
Ale to ostatnie, to najmniejszy szczegół, to już stan chroniczny.
Bilans zysków i strat.
To powolne pisanie, wynika również z tego, że nie "czas wolny", a raczej "resztki czasu wolnego" poświęcam na sprawy sądowe ( obecnie 3). To wszystko jest takie męczące. Wysysa ze mnie energię. Czasem radość życia.
Mogłabym pisać. Ba! Powinnam to robić, a muszę się przygotować do kolejnej rozprawy.
To nie taki szczegół. A trucizna.
Pożeracz pasji, radości, energii, dzięki której mogłabym stworzyć coś pozytywnego.
Sądy, w wielkim skrócie i nie zagłębiając się w temat, to wielka starta czasu, pieniędzy i energii.
To duża doza rozczarowania. Przykro konstatować, ze kiedyś myślało się o tym miejscu jak o - pomocy- sprawiedliwości. A spotyka się zblazowanych, znudzonych ludzi, traktujących wszystkie sprawy sztampowo.
Znikąd pomocy...
czwartek, 14 lutego 2013
Co mi w duszy gra?
Patrząc na własny przykład zauważyłam, że warto słuchać dzieci. Dzieci są szczere, bezpośrednie wobec innych, ale i wobec siebie. Na pytanie- co lubisz?; lub: Kim chcesz zostać w przyszłości? Udzielą szczerej odpowiedzi. I niech nikogo nie dziwi, że jeśli powiedzą wtenczas zdawałoby się abstrakcyjny zawód, to w ich mniemaniu będzie on jak najbardziej osiągalny i prawdziwy.
Niestety, najczęściej dorośli starają się takie dziecko sprowadzić na ziemię, twierdząc brutalnie: wyrośniesz.
A może niektórzy nie chcą wyrastać z marzeń?
Człowiek rodzi się z predyspozycjami i zalążkami talentu- (ów), kiedy go (je) dostrzeże, to pracą własną może wspaniale rozwinąć. Tylko trzeba się na nim poznać.
Każdemu coś w duszy gra… Czasem ujawnia się to bardzo wcześnie, w dzieciństwie, a czasem później, jednak najprawdopodobniej ów talent wypłynie.
Z drugiej strony, niestety lub stety życie płynie własnym rytmem i pisze własne scenariusze- wiem , to wyświechtany slogan- ale dlatego, bo jest prawdziwy i stąd nadużywany. Życie potrafi kłaść pod nogi kłody, wszystko komplikować. Są rzeczy ważniejsze, niecierpiące zwłoki- a zalążki talentu- (ów) gnieżdżą się w nas i czekają na to kiedy poświęcimy im czas.
O MNIE
Na poziomie dziecka przedszkolnego wiedziałam, że są dwie rzeczy, które chcę robić w życiu: pisać i grać. Zostać pisarką lub aktorką albo pisarką i aktorką. Jedno z drugim się nie wyklucza, a w moim przekonaniu łączy się. Jedno i drugie operuje SŁOWEM- a jak było napisane w Biblii, w ewangelii wg. św. Jana: „Na początku było słowo…”. Drugą łączącą rzeczą, jest stwarzanie rzeczywistości, kreowanie świata, forma ekspresji…
Czułam to w sercu bardzo głęboko i to poczucie nie opuściło mnie nigdy.
A kim jestem teraz?
Ani jednym z dwojga. Nie jestem aktorką (pocieszam się, że jeszcze nie). Nie jestem pisarką w sensie zawodu (uprawiania tej sztuki i utrzymywania się z niej).
Tak. Piszę. Piszę od dziecka. Z dłuższymi bądź krótszymi przerwami.
Na początku były to próbki bajek. W drugiej klasie szkoły podstawowej po przeczytaniu „Dzieci z Bullerbyn”, pisałam historię dzieci z mojej okolicy. Byłam z niej bardzo dumna. Opisałam tam naprawdę fajne przygody. Pisałam oczywiście odręcznie w grubym brulionie, w linie. Była to książka mocno autobiograficzna.
Myślę, że to wczesny debiut.
Koniec podstawówki i początek ogólniaka, to pójście w kierunku dotychczas mi nie znanym. W poezję. Zaczęłam pisać wiersze. Kilka z nich wygrało turniej jednego wiersza. Ale byłam rozdarta. Poeta z komisji doradził mi, aby skupić się na jednym- prozie bądź poezji, bo jak powiedział, kiedy jedno z drugim się przenika, to nie służy dobrze na styl jednemu i drugiemu. Wtedy go posłuchałam, ale teraz ja lubię taką liryczną, mocno literacką prozę.
W wieku piętnastu lat napisałam pierwszą powieść. Odręcznie. W trzech zeszytach. Z pewnych względów była osobistą, to znaczy tak silnie ją przeżywałam, że nikomu nie odważyłam się jej pokazać. Nie bez znaczenia było moje PIĘTNAŚCIE lat. Kanwą było pewne wydarzenie, o którym marzyłam, a się nie ziściło. Na tym rozczarowaniu zrodził się pomysł, aby opisać to inaczej i stworzyć do tego całą historię.
Następnie zaczynałam kolejne, nigdy niedokończone powieści. Napisałam sporo wierszy, a więc rozkwit kierunku wcześniej mi obcego.
Jakoś tak na pierwszym roku studiów usłyszałam o konkursie na powieść, organizowanym przez jeden z magazynów. Kryteria do tego konkursu były dwa: powieść współczesna, kobieca. I tak napisałam kolejna książkę. Wysłałam na konkurs, taką w jakiej postaci ją ukończyłam- rozmiar czcionki czy liczba znaków, to wszystko mi obce i w pośpiechu, więc nie wiem czy wzięli ją w ogóle pod uwagę. W każdym razie nie mam pewności. Bo dotychczas nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.
Postanowiłam- pora na konfrontację!
Tę samą książkę wysłałam do wydawnictwa Znak, a było to już parę lat temu. I z tego co się orientuję, teraz wydawnictwo zastrzega sobie prawo do pisania recenzji z nadesłanych prac, chyba, że na zamówienie.
Ale ja dostałam odpowiedź z małą recenzją!
Oczywiście wydawnictwo nie wydało mojej książki, ale sama odpowiedź była pozytywna w przekazie i zawierała mini recenzję. Miła Pani Arleta napisała do mnie w liście, że książka jest nieźle napisana, ale nie zgadza się z profilem wydawnictwa, dlatego nie są zainteresowani jej publikacją.
Wzięłam to za dobrą monetę. Ktoś mnie pochwalił!
O mało bym zapomniała, że podczas wakacji przed pierwszym rokiem studiów popełniłam zbiór opowiadań pod ładnym tytułem: „ Maski teraźniejszości”.
Następnie nastąpiła przerwa. W okolicach wymyślania tematu do pracy licencjackiej i jej tworzenia wpadłam na pomysł napisania powieści- ale innej niż dotychczas stworzyłam- osadzonej w konkretnym okresie historycznym. I brnę w tym do dzisiaj. Już cztery lata jak ją piszę (ze zdecydowanymi okresami długotrwałej przerwy, co jak wiadomo książce nie służy i mnie samej też, bo stale się muszę wdrażać). A wokoło panuje ostatnio boom na powieści historyczne, a ja już dawno chciałam taką książkę napisać, hę?
Mam pomysły na co najmniej trzy kolejne powieści, wiem, w których okresach dziejowych i miejscach na mapie powinna się toczyć akcja tych książek.
Jak widać pomysłów mi nie brakuje, a kiedy zaczyna się nad tym naprawdę myśleć, to pomysły same wpadają do głowy nie wiadomo kiedy i skąd się biorą. Czasem wiadomo skąd- inspiracje ,ale o tym odrębny post trzeba napisać.
Pisanie mnie prześladuje, to pewnego rodzaju własne niewolnictwo. Pomysły się narzucają . A im więcej mam na głowie, tym chętniej uciekam w literaturę.
Początek pisania ostatniej powieści był mordęgą, bo czas musiałam poświęcić pracy licencjackiej, a tu najchętniej rzuciłabym się w wir pisania. Świeżutkie pomysły i takie apetyczne (-!-). Z początku radość z nowo narodzonego i wstępnie skrystalizowanego pomysłu na książkę to prawdziwa ekstaza. I wiara jak nigdy już potem w sukces tego przedsięwzięcia. Wierzy się w to, że się książkę napisze. Skończy! Że będzie spójna w tempie narracji, akcji; ciekawa i wciągająca; dobrze napisana. Po prostu majstersztyk. Chciałoby się, tylko tej książce czas poświęcać.
Etap wymyślania i tworzenia planu powieści to najmilsze chwile, praca zaczyna się wtedy, kiedy przechodzimy „od ogółu do szczegółu”. Jeśli to wszystko ma być wiarygodne (a powinno), interesujące ( a powinno), dobrze napisane (a powinno)- to już rodzi się wysiłek. Trzeba walczyć z atakami lenistwa, ochotą pójścia ścieżkami na skróty.
Stop, stop, stop.
Rozpisałam się o tym przyjemnym akcie tworzenia, a tutaj jeszcze chciałam napisać o mojej drugiej stronie (w tej chwili tymczasowo uśpionej)- ciągocie do teatru, grania.
Od pierwszej klasy szkoły podstawowej towarzyszyła mi rola klasowego lektora, na wszystkich przedmiotach. Czytałam płynnie, głos miałam wyraźny i ładną dykcję. Spróbuję przypomnieć moje inne role… Byłam narratorem w Stefku Burczymucha. Zasze grałam wyraziste postaci. Byłam wilkiem w Czerwonym Kapturku, Herodem w jasełkach, Panią w Liliach Mickiewicza, Lady Makbet, och, i inne role we wszelkiej maści akademiach z przeróżnych okazji.
Uwielbiałam uczyć się roli i odgrywać ją w domu. A na scenie? Czułam, że to jest moje miejsce. Pomimo początkowej tremy, moje role z każdą kwestią się rozwijały i stawały najważniejszymi. Poczucie spełnienia dogłębne. Wiele osób (które widziały mnie na scenie) mówiło, że powinnam startować do szkoły aktorskiej. I nosiłam się z takim zamiarem.
Ale?
No właśnie. Zawsze jest jakieś ale.
Nie wierzyłam w siebie. Ponieważ moje kształty, zawsze kobiece, nie mieściły się w rozmiarze 36; nie robiłam szpagatu; uważałam się nie za nieatrakcyjną, co na „za grubą”. Nie wierzyłam nie tyle co w mój talent aktorski, ile w fizyczne możliwości; świadoma zbyt słabego przygotowania i uciekającego czasu, nie złożyłam nawet papierów. Jest jeszcze inny aspekt, który nastawił mnie tak krytycznie wobec siebie samej. Przez dwa lata ogólniaka uczęszczałam do ogniska muzycznego na lekcje gry na gitarze klasycznej. W autobusie, poznałam dziewczynę, która również dojeżdżała do tegoż ogniska, ale na lekcje śpiewu solowego. Była rok starsza ode mnie. I ten śpiew ją wyróżniał. Również chciała zostać aktorką. Złożyła papiery na egzamin do Krakowa, no i wszystko mi zrelacjonowała już po egzaminie. Z jej opowieści wynikało, że na egzaminie z części muzycznej, jako jedyną było słychać jej śpiew zza drzwi sali egzaminacyjnej. A w punktacji ponoć z tej części, nie wiedzieć czemu, ją okroili. Z zadania aktorskiego również była zadowolona, i podobało się członkom komisji, prócz przewodniczącej. Opowiadała mi o tym, jakie „ tyłeczki” paradowały w samych strojach kąpielowych po korytarzu. W skrócie? Była zdegustowana, uważała, że potraktowano ją niesprawiedliwie.
Pretensje mam do siebie, a raczej miałam, że nie złożyłam tych papierów. Nie przystąpiłam do egzaminu. Nie zobaczyłam na własne oczy jak on wygląda. Bo dzisiaj wiem. I tak robię. I jestem dużo pewniejszą ( siebie) osobą, że tak trzeba. Miałam się przynajmniej przekonać jak wygląda ten egzamin. A nie majaczyć o czymś. Marzyć. A później tak łatwo się poddać. Dodam, że chciałam zdawać do Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.
Skoro tak tchórzliwie się poddałam, postanowiłam studiować w Krakowie, inny, humanistyczny (w domyśle: pokrewny) kierunek- kulturoznawstwo międzynarodowe. I tak odeszłam od szkoły teatralnej. A życie skierowało wkrótce swe wagony na inne tory- nie miałam możliwości przystąpienia do egzaminu w roku następnym.
Na marginesie dodam, że odpowiedni byłby dla mnie musical. Kocham taniec, lubię śpiewać, no i GRAĆ.
Dzisiaj, po dziesięciu latach, nie roztrząsam przeszłości. Może los się jeszcze do mnie uśmiechnie z teatrem, bądź filmem. Czasem marzenia się jednak spełniają.
Póki co piszę. Z pewnością ta druga pasja, jest łatwiej dostępną. Wystarczy zeszyt, czasem kartka papieru, komputer… I bogata wyobraźnia.
czwartek, 31 stycznia 2013
Dziś są moje urodziny.
Dzisiaj kończę 30 lat.
Kiedy byłam dzieckiem, w niedzielę, w koncercie życzeń nieraz słyszałam tę piosenkę:
"Mamy po dwadzieścia lat, własną miłość, własny świat..."
Pamiętam, że w dniu 20 urodzin przypomniałam sobie tę piosenkę i tańcząc, odśpiewałam ją w kuchni moich rodziców. Wesoła, pełna nadziei i energii.
Od tej chwili mija 10 lat. Dobrze napisane- chwili.
Chwilą również było te 10 lat. Czuję sie tak, jakby to było wczoraj. Widzę siebie w tej kuchni...
Nie mogę uwierzyć w to, że te 10 lat minęło...
Zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że to co mówia starsi ode mnie, to prawda. Życie właśnie tak szybko płynie. Zbyt szybko.
W czasach kiedy młodzi wszystko odkładają na później i później wchodzą w różne życiowe "role", ja już trochę wiele przeszłam i trochę wiele osiągnęłam. Nasuwają mi się na myśl słowa jeszcze innej pioseniki. I muszę chcę je tu przytoczyć:
Co zesłał los trzeba będzie stracić
Nic nie może przecież wiecznie trwać
Za miłość też przyjdzie kiedyś nam zapłacić"
I w moim życiu trochę tak było, tylko że odwrotnie.
Najpierw płaciłam, a potem pojawiła się miłość...
Odebralam wiele lekcji, dużo sie nauczyłam, dużo zrobiłam. Wiem, że wszystko jest po coś w ostatecznym rozrachunku.
A ja?
Pisarka od siedmiu boleści- myśle sobie, że taki bagaż doświadczeń jest cenny. Bo trzeba poznać życie i trzeba czuć życie, by móc o nim pisać.
Ach, piszę jakies epitafium chyba, przynajmniej tak to wygląda, jakbym żegnała sie z życiem. :-)
Nic podobnego. Życie jest cenne. Cieszę sie każdym dniem. Doceniam je samo w sobie.
Tylko uderza mnie to, że to już 30!
A ja zatrzymałam się gdzieś na 24 urodzinach. Na tyle się czuję. Ktoś powie- to tylko 6 lat.
Zgoda. Ale obawiam się, że tak samo będę sie czuć przy każdej mijającej dekadzie.
Dotyka mnie ta rocznica, bo ja, najmłodsza z rodzeństwa przekroczyłam ten próg. Siostry nie dowierzają, że Laura, ten dzidziol, jest już 30 -letnią kobietą;-).
A teraz chwila prawdy. Ta 30 była dla mnie tym magicznym progiem, pod jeszcze jednym względem. Miałam skończyć moją ostatnią książkę, do tych właśnie urodzin. To już 4 lata! Nie udało się.
Łatwo policzyć. Połowę życia temu napisałam pierwszą powieść. I nic w tej materii nie drgnęło. A jest 15 na 15.
Tak sie składa, że jestem ten sam rocznik co Masłowska. Nie porównuję sie do niej, ale odnoszę do jej debiutu w wieku 19 lat. Wtedy to ja myślałam sobie: "Phi, przecież ja swoją pierwszą książkę napisałam jeszcze wcześniej."
To już inna sprawa, że nic z tym nie zrobiłam. A teraz wydaje mi się ona po prostu książką treningową, ale sam fakt- to pisarstwo już we mnie tkwiło. I ja zdawałam sobie świetnie z tego sprawę.
Później pisałam różne inne rzeczy, ale o tym napiszę w kolejnym poście.
Od 4 lat piszę (przynajmniej w myślach) moją kolejną książkę. I jak widać, zamiast niej piszę bloga.:-)
Wierzę, że właśnie ten blog zdopinguje mnie do pisania, do tego, by nie odpuszczać, rozwijać się i skończyć moją książkę.
Jeszcze rok temu, groziłam sobie palcem, że to ostatni moment, aby sie sprężyć, przysiaść i napisać. Uważałam, że przez ten rok w wersji saute, bez edycji będę w stanie ukończyć moją ostatnią książkę, której roboczy tytuł brzmi: " Krwawy romans historyczny" vel "Moja ksiażka o Napoleonie".
Ale zpowiada się na to , że na 30 urodziny zafundowałam sobie prezent, w postaci prowadzenia bloga. Wierzę, że pośrednią konsekwencją tego mojego zapału do "wyjścia ze skorupki" będzie ukończenie mojej książki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









