Dzień dobry Kochani,
Piszę, bo nadszedł wiatr zmiany....
Zapraszam Was na własną stronę autorską: http://www.laurabellini.pl/
Od dzisiaj tam będziemy się spotykać.
Kochani, dziękuję za te lata spędzone tutaj, utwierdziły mnie w przekonaniu, by pójść tą droga dalej.
Są zmiany, piszę pełną parą. Ukończyłam książkę dla dzieci, premiera już w lipcu! Zapraszam po szczegóły na stronę!
Jestem w połowie pracy nad zbiorem opowiadań oraz powieścią.
Zapraszam na stronę!
Do zobaczenia!
Laura Bellini
www.laurabellini.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z cyklu: praca pisarza.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z cyklu: praca pisarza.. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 czerwca 2015
środa, 25 lutego 2015
Wiosna.
Zza mojego okna balkonowego od tygodnia już słychać śpiew wiosennych ptaków. Wczoraj na spacerze leciało nade mną stado dzikich gęsi, cały, olbrzymi klucz. Gęgały tak głośno, że od razu podniosłam głowę do góry. Był to wspaniały widok .Jeszcze miesiąc pozostało do kalendarzowej wiosny, ale ona już jest. Czuć ją w powietrzu z każdym oddechem.
Zaczyna się piękna pora, coraz dłuższe dni, przybywają coraz to nowe gatunki ptaków, drzewa puszczają listki, trawa się zieleni. Niebo się zmienia, pojawia się inny błękit i wiosenne obłoczki. Coś wspaniałego.
Chce mi się tylko chodzić na spacery i cieszyć tą pogodą i zjawiskami.
A tu muszę się pochwalić, że pisanie dobrze mi idzie. Skończyłam bajkę. Na razie jest to surowy stan, bez edycji, ale jest. Poza tym piszę nowa książkę i kilkanaście stronic pisanych czcionką nr.11 już jest.
Wiem, że tutaj trochę nawalam, a ten blog bardziej staje się stroną autorską niż dziennikiem. Siły, pomysły, energię kieruję na pisanie powieści, w którą się wciągnęłam, wiec nie chcę wychodzić z tego stanu, bo może dzięki temu ją skończę. Wierzę, że mi kibicujecie.
Będę Was informować o postępach, a kiedy natchnie mnie na pisanie tutaj, to znowu wrócę z jakimś odrębnym postem.
Miłej wiosny!
Zaczyna się piękna pora, coraz dłuższe dni, przybywają coraz to nowe gatunki ptaków, drzewa puszczają listki, trawa się zieleni. Niebo się zmienia, pojawia się inny błękit i wiosenne obłoczki. Coś wspaniałego.
Chce mi się tylko chodzić na spacery i cieszyć tą pogodą i zjawiskami.
A tu muszę się pochwalić, że pisanie dobrze mi idzie. Skończyłam bajkę. Na razie jest to surowy stan, bez edycji, ale jest. Poza tym piszę nowa książkę i kilkanaście stronic pisanych czcionką nr.11 już jest.
Wiem, że tutaj trochę nawalam, a ten blog bardziej staje się stroną autorską niż dziennikiem. Siły, pomysły, energię kieruję na pisanie powieści, w którą się wciągnęłam, wiec nie chcę wychodzić z tego stanu, bo może dzięki temu ją skończę. Wierzę, że mi kibicujecie.
Będę Was informować o postępach, a kiedy natchnie mnie na pisanie tutaj, to znowu wrócę z jakimś odrębnym postem.
Miłej wiosny!
poniedziałek, 14 lipca 2014
Koniec mundialu i wakacyjna szkoła pisania.
Dobrze, że mundial już się skończył. Późne godziny transmisji z Brazylii dały mi we znaki. Wam pewnie też albo byliście mądrzejsi ode mnie i nie śledzili po nocach rozgrywek. Co prawda wszystkich meczy nie widziałam, ale wiele spośród nich bądź skróty, bądź studio piłkarskie i komentarze. Sporo czasu i wydajności zabrał ten mundial. Jak zarwę kilka nocy z rzędu to później moje spanie jest całkowicie rozregulowane, co kończy się chronicznym niewyspaniem, przymuleniem w ciągu dnia. Ale teraz już po wszystkim. Nie muszę włączać pudła. Nie muszę nic oglądać (z wyjątkiem filmów z Brigitte). Mam nadzieję, że przekuje się to na większą ilość słów wydalanych przeze mnie i umieszczanych na tym blogu.
Tak, nadal chce mi się pisać. Może jestem ciut przygnębiona remontami spowodowanymi przygotowaniami do przyjścia nowego potomka i przez nie z grubsza ograniczona, ale chęci do pisania tlą się nadal.
Nie wiem ilu z Was Drodzy Bywalcy tegoż bloga czyta Gazetę Wyborczą, zwłaszcza sobotnią z dodatkiem Wysokich Obcasów- bo jeśli przynajmniej poniektórzy, to pewnie zdajecie sobie sprawę o czym chcę poinformować. Mianowicie o WAKACYJNEJ SZKOLE PISANIA. Jak nazwa wskazuje jest to wakacyjny cykl porad udzielanych przez bardziej lub mniej znanych pisarzy dotyczących sztuki pisania. Są to porady bardzo indywidualne, niektóre z przymrużeniem oka, dowcipne i prowokacyjne. Pierwszej lekcji udzielił Janusz Rudnicki w numerze z piątego lipca. W ostatnich WO rady dawała Sylwia Chutnik, natomiast za tydzień ma to być Tomasz Piątek. Cykl wiąże się z konkursem, którego finał nastąpi piętnastego listopada. Prace o swoim życiu, nie dłuższe niż piętnaście tys. znaków należy przesyłać do końca września. Szczegóły na stronie WO.
Jestem cyklem zachwycona, bo co tydzień mogę poczytać o czymś co mnie żywo interesuje! Własny tekst mam w połowie gotowy, więc zamierzam go dokończyć i wystartować w tym konkursie. Zachęcam pozostałych zainteresowaych. Pomimo wakacyjnej aury nie przegapcie takiej szansy! Byłoby szkoda.
środa, 26 marca 2014
Uwagi
Kochani, wiem, że jedno wyznanie wymaga uściślenia. Ponieważ entuzjastycznie pochwaliłam się Wam, że piszę (w notce z 20 marca ), chciałabym sprostować, że blogowi czytelnicy mogą liczyć na wpisy cotygodniowe. Ponieważ ten blog jest równie dla mnie ważny, nie chcę go tak zapuszczać, dlatego solennie obiecałam sobie moją obecność tutaj raz w tygodniu.
Książka się pisze. Mam nadzieję, że mi kibicujecie.
A tymczasem cieszcie się wiosną i czytajcie książki. Tylko nie zapomnijcie o mnie!
czwartek, 20 marca 2014
UWAGA, TADAM !
![]() |
| Jeszcze lekko zimowy pejzaż z mojego okna. Teraz jemioła już się zazieleniła. |
Pora na rozliczenie się z mojej deklaracji, o której pisałam- tutaj. Miała być minimum strona dziennie. Dużo z tego nie wyszło. Z pewnością rehabilituje mnie marzec, bo uwaga- TADAM: WZIĘŁAM SIĘ PORZĄDNIE ZA PISANIE.
Niech moim usprawiedliwieniem będzie pierwszy trymestr ciąży, który rozbił mnie o tyle, że popadłam w wielką senność. Natomiast trochę nadrobiłam zaległości czytelnicze w tym czasie.
Co do terminu 31 marca, kiedy to upływa czas nadsyłania powieści do konkursu, siłą rzeczy jest on dla mnie nieosiągalny.
Nic nie szkodzi, teraz kiedy już lepiej panuję nad moim zasypianiem, piszę i zamierzam dać z siebie wszystko przez najbliższe trzy miesiące. Mówią, że drugi trymestr jest najbardziej korzystny jeśli chodzi o samopoczucie. Przekonam się. Bo pomimo drugiej ciąży (po dziewięciu latach), ta przebiega zupełnie inaczej. Z pewnością ostatnie miesiące przed rozwiązaniem, przypadające na czas letni, a być może i upalny, będą już o wiele trudniejsze. Biorę to pod uwagę, dlatego tak ważne jest " teraz ". Pomiędzy intensywnymi spacerkami- pisanie.
Oj joj! Ten rok jest naprawdę pełen wyzwań!
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Wywiad z Matthew Quickiem.
21 listopada ubiegłego roku w Vivie ukazał się wywiad Zuzanny O'Brien z Matthew Quickiem, autorem książki "Poradnik pozytywnego myślenia" na podstawie którego w Hollywood reżyser David O. Russell zrobił film pod tym samym tytułem. Tu można przeczytać wywiad- klik.
Nie zamierzam streszczać całego wywiadu, jednak pragnę przytoczyć kilka istotnych fragmentów, które potwierdzają tezę, że jednak każdy pod warstwą naskórka czuje to, do czego jest powołany w życiu.
Matthew Quick przez wiele lat pracował w szkole, w której dawał z siebie wszystko jako nauczyciel języka angielskiego, jednak od zawsze pragnął zostać pisarzem.
Pociąg do pisania nie przechodził mu, pomimo upływającego czasu. Nie potrafił zapomnieć o pisaniu. Czuł się niespełniony. Powoli popadał w depresję.
"-Skąd więc depresja?
Bo pewnego dnia obudziłem się jako trzydziestokilkulatek i zdałem sobie sprawę, że nie jestem tym, kim chcę. Moja żona Alicia, zauważyła to wcześniej. Codziennie rano zakładałem maskę, szedłem do pracy i mówiłem uczniom, że powinni studiować przedmioty ścisłe, bo te kierunki przyniosą im pieniądze. Że mają się nie rozpraszać. A sam chciałem pisać. Kiedy masz 17 lat i mówisz, że chcesz zostać pisarzem, wszyscy uważają, że to fanaberia. Szczególnie jeśli, tak jak ja, pochodzisz z robotniczego środowiska, w którym nie było artystów. Kiedy masz lat 30 i wciąż to mówisz, myślą, że masz nie po kolei w głowie. Więc nie mówiłem, ale popadałem w depresję."
Razem z żoną podjęli radykalną decyzję, aby zwolnić się z pracy. Sprzedali dom i w pierwszej kolejności wyruszyli w kilkumiesięczną wyprawę po Ameryce Południowej. Po powrocie zamieszkali u teściów. Żona pracowała, a Matthew pisał w piwnicy książki. Napisał trzy.
"- Ile listów odmownych dostał Pan od wydawców?
Ponad 70. Sam proces pisania utrzymywał mnie w stanie równowagi psychicznej, ale odmowy wtrącały mnie w doły."
Pomimo porażek Matthew się nie poddawał. Pewnego dnia poszedł pobiegać, a jak wrócił, rozpoczął pisać właśnie "Poradnik pozytywnego myślenia". Umieścił w nim wszytko to, co leżało mu na sercu.
Książka zanim trafiła do księgarń, została kupiona przez Weinstein Studio. Agent literacki, z którym Matthew zaledwie miesiąc współpracował, posiadał kontakt z agentem filmowym, to dzięki niemu doszło do szybkiej ekranizacji Poradnika oraz gigantycznej reklamy dla książki i rzecz oczywista- Matthew Quicka jako pisarza.
Na koniec, jeszcze jeden krótki cytat a propos sztuki i pieniędzy:
" W Europie wciąż żywy jest mit biednego artysty, ale w Ameryce artysta ma prawo bytu wtedy, gdy zarabia na sztuce."
Wywiad daje mi nadzieję. Utwierdza mnie w przekonaniu (wielokrotnie na blogu prezentowanym) o tym, jak ważne jest to, co sobie sami uświadamiamy o nas.
Przypomina, żeby siebie nie zdradzać, a pomimo przeciwności losu pisać, nie przestawać.
Pracować i wierzyć w to co się robi, wtedy osiągniemy cel. Może nie sławę. A spełnienie.
piątek, 3 stycznia 2014
Noworoczne wyzwania!
Postanowienia już zbyt często się skompromitowały. A wyzwania mają pazura, nie zakładają wykonania celu "od- do", a są przyczynkiem do dokonania czegoś większego, z niespodzianką. Rezultat końcowy nie jest określony ostatecznie i to mi się podoba.
Wyzwania poszerzają horyzonty i pobudzają wyobraźnię. Przy postanowieniach trzeba być dla siebie katem, który egzekwuje to co się należy, w przeciwnym razie postanowienia schodzą na manowce, a samopoczucie też. I człowiek szybko zmienia się wtedy w frustrata.
Aby tej niepożądanej postawy uniknąć, przyjmuję dwa wyzwania na ten rok:
1.Wystartować w konkursie na blog roku 2013.
Przekonam się, jakie to jest uczucie być uczestnikiem konkursu, a nie tylko obserwatorem. Być może zyskam kilku nowych czytelników, co zawsze jest pożądane. No i bardziej zadbam o ten blog:-).
2. Stanąć w szranki w konkursie na powieść- tu szczegóły.
Przypadkiem kilka dni temu dowiedziałam się o tym konkursie wydawnictwa Znak. Nie ma informacji na stronie, kiedy konkurs się rozpoczął. Natomiast ostateczny termin nadsyłania powieści to 31.03.2014 r.
Niecałe 3 miesiące! Tylko 3 miesiące. Ten nieodległy termin studzi mój zapał na wstępie, bo gdyby to było przynajmniej pół roku!
Szczerze, jak w konfesjonale, wyznam Wam, że wątpliwym jest ukończenie mojej powieści do tego terminu.
Mojej powieści "widmie", bo kilkakrotnie o niej tutaj wspominałam, a zamiast już ją kończyć, piszę blog. Ale hola! Miałam nie narzekać, więc nie będę.
Pragnę tylko zauważyć, że obydwa konkursy dzieją się w pierwszym kwartale 2014. Troszkę się wykluczają, bo jak wgryzę się w pisanie powieści, naturalnie zaniedbam to dziecko. A nie chcę, bo też jest dla mnie bardzo ważne. To nie wątpienie w siebie, a pragmatyzm życiowy. Mierzę siły na zamiary, ale chcę sprawdzić na własnej skórze ponoć życiową prawdę, że im więcej ma się na głowie, tym więcej da się zrobić. Dlatego zamierzam się zabrać do pisania mojej książki najzupełniej poważnie. Termin 31- ego traktuję tak, jak każdy, czyli ultimatum. Jeśli uda mi się powieść ukończyć, wyślę. Jeśli nie, to ciekawe gdzie będę?
Przecież szukałam mobilizacji, więc tak ten konkurs traktuję.
Planuję pisać codziennie. Przynajmniej stronę. Jeśli, któregoś dnia nawalę, dnia następnego bądź w weekend muszę nadrobić, napisać brakującą stronę, tak by po tygodniu było przynajmniej 7 stron, ale jeśli uda mi się mieć ich więcej, np 10, to nie będzie mnie to zwalniać z obowiązku napisania kolejnych 7 w następnym tygodniu. Mogę mieć więcej napisane każdego tygodnia, niż mniej. 1 strona dziennie jest tym minimum przyjętym przeze mnie.
Może stworzę na ten poczet nową zakładkę- dziennik- gdzie będę się rozliczać i meldować codziennie z tego ile napisałam.
A do tej pory (od 01.01.2014)?
Ani jednej, więc już mam trzy strony do nadrobienia.
Pierwszego był Nowy Rok, a drugiego byłam 12h w pracy na dzień, a potem przygotowywałam ten wpis.
Na koniec, żeby sobie jeszcze dołożyć na ten kwartał, okazało się w pracy, że pod koniec marca czeka mnie coś na kształt ponownych egzaminów, weryfikacja pracownika, do której też muszę przysiąść i co nieco powtórzyć.
Eh... Zapowiada się pracowity rok.
Eh... Zapowiada się pracowity rok.
piątek, 23 sierpnia 2013
Napoleon Bonaparte, Elvis Presley, Jan Paweł II, Andrzej Zaucha- mój sierpniowy miks.
Długo mnie tutaj nie było. Lato chyli się ku końcowi,
o czym okrutnie przypomina coraz krótszy dzień, szybki zachód słońca. Ale, aby
udokumentować lato, wklejam stare zdjęcie polskiego morza po zachodzie słońca z
przepiękną pomarańczowa łuną.
Przegapiłam odnotowanie tutaj daty 15 sierpnia,
kiedy to przypadła 244 rocznica urodzin Napoleona. W kalendarzu pod tą datą,
wdzięcznie nam o tym przypominają imieniny Marii i Napoleona.
Odnotowuję tę rocznicę, bo dla wszystkich odwiedzających
ten blog, którzy zdążyli już troszkę mnie poznać, wiadomym jest, że piszę
książkę osadzoną w realiach współczesnych Napoleonowi oraz rzecz jasna związaną
z nim samym. O tym jakie zrobiłam postępy i czy w ogóle innym razem.
Jeszcze jedna kartka z kalendarza: 16 sierpnia
minęła 36 rocznica śmierci króla Elvisa Presleya. Pokój jego duszy.
Zrobił się wpis wspominkowy, ale jeszcze dzisiaj
to nie koniec wydobywania przodków na światło dzienne.
Mnie też trzeba wydobyć z otchłani niemocy
jakiejś. Odcięłam się od internetu na jakiś czas, pewnie dobrze, że tak się stało. W międzyczasie znowu pojawiły się znane mi dylematy, wiadome wątpliwości,
o tym czy pisać, kiedy pisać, jak gospodarować czasem, aby nie mieć poczucia
winy, że okradam rodzinę z możliwości wspólnie spędzonego czasu.
(Humorystycznie pisałam już o tym tutaj klik.) Nachodzą mnie różne myśli, cisną
się na usta znane cytaty, jak ten z księdza Twardowskiego:” Śpieszmy się kochać
ludzi tak szybko odchodzą". Więc co ja tu robię lub przed plikiem Word
mojej książki? Czy nie tracę właśnie czasu na moje akty twórcze?
Czas tak szybko płynie...Ucieka. Dziecko coraz mniej dziecinne, coraz bardziej
samodzielne, osobne. Czy nie tracę czasu zanim wyfrunie? Z drugiej strony rozsądek,
że trzeba robić w życiu, choć o drobinę to co się lubi, bo to wzbogaca, uszczęśliwia,
udziela się pozytywnie innym obok mnie. Pewnie nie byłbym taka surowa dla
siebie, gdybym mogła mniej czasu spędzać w pracy. Ideałem byłaby praca zawodowa-
pisarz, utrzymywanie się z niej, no i pisanie w domu. Wiem, każdy domorosły
marzyciel o skrzywieniu humanistycznym tak by chciał. Nie jestem w tym odosobniona. Czasem żałuje, że parę lat
temu nie startowałam na poważnie do służb
mundurowych, a tam, wedle starych przepisów obejmujące ówczesne roczniki
rozpoczynające pracę, mogłabym po 15 latach przejść na emeryturę. Kalkuluję tę
niesprawiedliwość społeczną na własny użytek. I wyobrażenia powodują, że żałuję.
Po 15 latach emerytura- choćby minimum socjalne, ale i ubezpieczenie zdrowotne,
no i spokój, czas na pisanie, wciąż jeszcze młodość, a więc siły i czas, czas,
czas....
Do tego jeszcze zdobyte doświadczenie, zawsze
mogłabym zacząć pisać wiarygodne kryminały na przykład.
Z tym czasem to jest jakieś szaleństwo. Kiedyś
tak życie nie pędziło. Kiedyś ludzie wpadali do siebie w niedzielę bez
zapowiedzi. A każdy się cieszył, MIAŁ CZAS, upieczone domowe ciasto. Dzisiaj
bez telefonu z tygodniowym wyprzedzeniem w tej sprawie , sms-em, nie daj Bóg, nie pokazuj się, bo zostaniesz
obarczony krzywym spojrzeniem lub zastaniesz Nieobecność pod drzwiami
mieszkania w najmilszym przypadku. Dzisiaj wszyscy powtarzają: czas to
pieniądz. O czasie też rozmyślam- o jego linearności, czy też przeciwnie
statyczności. Czas zawsze jest ten sam, to my się zmieniamy, przemijamy, a czas
to próżnia, tkwi w miejscu. Zarządzanie czasem to sztuka XXI wieku.
Pewnej niedzieli o siódmej rano w TVP2 był
program dokumentalny o błogosławionym JPII. Utkwił mi wywiad z siostrą zakonną jednego z zakonów w Warszawie ( nie pamiętam
nazwy). W każdym razie papież się z nią przyjaźnił i często tam bywał jeszcze
jako Karol Wojtyła, zanim zamieszkał w Watykanie. I ta siostra przełożona wspomina,
jak pewnego dnia papież je odwiedził. Ona była bardzo zdumiona i zapytała jak
to się stało, skoro Jan Paweł II jest tak zajęty i ma mało czasu, a przyjechał do
nich pomimo pielgrzymki. A papież odpowiedział-trawestuję, że czas nie rządzi
nim , tylko on rządzi czasem. I kto to widział, aby było odwrotnie.
Bardzo mi to utkwiło w pamięci. Właściwie
postawiona hierarchia wartości i rzeczy. Jakie to ważne w życiu.
A ja ? Wciąż czas rządzi mną, pogania, panoszy
się jako gospodarz, a to ja powinnam go okiełznać, przecież z dnia na dzień go
ubywa na mojej linii życia, pora się w końcu nauczyć nad nim panować. Stać się
gospodarzem swojego życia i czasu. Robić
rzeczy właściwie i wartościowe, czas ignorować kiedy trzeba, zapomnieć o jego
oddechu na plecach. Niech on poczeka.
Dzisiaj w nocy usłyszałam znaną mi, aczkolwiek
dawno nie słyszaną piosenkę Andrzeja Zauchy. I doznałam iluminacji niemalże.
Nie wiem czy to ten nastrój, ciemna noc, cisza i spokój, że fonia uderzyła mnie
z taką mocą, piosenka opanowała kompletnie.
Andrzej Zaucha to taki outsider, artysta pełna
gębą, pełen charyzmy. Wyprzedzał swoją epokę, jak każdy geniusz własną urodzony
na przestrzeni wieków. Jego wykonania piosenek zawsze były brawurowe i nie do
pobicia.
To była piosenka pod tytułem:” Bądź moim
natchnieniem”. Słowa do tej piosenki napisał Wojciech Młynarski, kolejny
geniusz, muzykę skomponował Antonii Kopff,
też geniusz.
Muzyka jest ponadczasowa, i ten saksofon w tle,
głos Andrzeja zadziorny, aktorski we fragmentach… Posłuchajmy.
Bądź moim natchnieniem,
że świat zmienię przeświadczeniem
pięknym bądź, bo skąd mam je wziąć?
Zły czas unieważnij,
daj blask mojej wyobraźni,
myślom mym bądź, jak czuły rym.
Improwizacją kolorową rządź,
ekranizacją moich marzeń bądź.
Bądź grą gdzie co los to fant,
bądź listem na poste restante.
Blondynką mi bądź niedużą
i moją wielką muzą.
Ja gram, śpiewam tworzę,
a ty hoże me niebożę,
przy mnie siądź,
natchnieniem mym bądź.
Ja jestem facet co w saksofon dmie,
taką mam pracę nie najlżejszą, nie.
Kłopoty mam w moll i w dur.
Potrzeba mi chmur i piór
by niosły mnie swingu skrzydła,
by fraza mi nie brzydła.
Więc bądź moją muzą
bądź mi blondyneczką niedużą.
W skwar czy w deszcz
co robić masz, wiesz
Co masz robić, wiesz:
smaż, gotuj, zmywaj, pierz,
a przytul czasem też,
artystom takich muz
potrzeba i już.
Każdy „artysta” potrzebuje takich muz.
Zwał jak zwał. Twórca, sztukmistrz, naukowiec,
wynalazca, malarz, muzyk.
Muzy, niejednokrotnie ŻONY odwalają kawał
świetnej roboty, stwarzają warunki do pracy, spokój, a czasem są nieodzowną
pomocą na każdym polu, nawet twórczym.
Czy Thomas Mann napisałby wszystkie książki bez
swojej żony Katii?
Czy Pierre
Curie miałby takie osiągnięcia bez Marii Skłodowskiej?
Czy Albert Einstein wymyśliłby teorie względności
bez swojej żony Milevy?
A Dali bez swojej żony Gali, czy popełniłby te
wszystkie surrealistyczne obrazy?
Itd., itd., itd…
Piosenka zgrabnie się łączy z moimi
wcześniejszymi rozterkami nad pisaniem, z powodu nawału obowiązków i braku
czasu. MOŻE DOBRYM WYJŚCIEM Z SYTUACJI BYŁABY WŁASNA ŻONA, TAKA MUZA NA
WYŁĄCZNOŚĆ?
niedziela, 7 kwietnia 2013
Rozdarcie tylko pisarek?
Czasem nachodzą mnie te myśli. Potępiam siebie, wyzywam od egoistek i egocentryczek. Ilekroć piszę (przyznaję- nie wtedy kiedy ogarnia mnie wena twórcza, wtedy prawie nic się nie liczy, tylko wtenczas kiedy akurat pisanie idzie mi jak z kamienia), a piszę bo postanowiłam sobie, że będę to robić regularnie, wtedy te zarzuty się wyostrzają, klarują. Zastanawiam się nad sensem tego pisania.
Przecież mam dziecko.(Pamiętam o tym zawsze, nawet pomimo weny.)
Mogłabym w tym czasie zrobić coś dla niego. Umyć okno w pokoju, zrobić galaretki, ulepić pierogi. Starannie poukładać wszystko w szafie, a jeszcze wcześniej starannie to wyprasować. W tym czasie mogłabym przygotować dla niego jakąś niespodziankę.
Z lżejszym sercem piszę, gdy dziecko jest w szkole. Wtedy wiem, że kiedy ono jest tam, a ja tutaj, to nie okradam go z czasu. Wiem też, że to nieokradanie tylko pozorne. Bo kiedy wróci, a ja np. nie zmyłam naczyń, nie upichciłam obiadu- będę to robić kiedy ONO WRÓCI DO DOMU.
A moglibyśmy w tym czasie, po jego powrocie, po pysznym obiedzie zjedzonym w wysprzątanej kuchni; moglibyśmy pograć w szachy lub karty albo grę planszową Niagara. Pójść na spacer…
Tylko, że dziecko też ma obowiązki. Lekcje.
Dziecko odrabia zadanie domowe, a ja gotuję i sprzątam. Bo trzeba to zrobić. I nie jest to smutna konieczność (gotowanie), bo to drugie znacznie bardziej. Znowu czuję się trochę rozgrzeszona.
Przy obiedzie rozmawiamy. Nie powinno się, bo to grozi zakrztuszeniem. Tak mówi mąż, student medycyny. A po odrobionych lekcjach idziemy na spacer, bawimy się, czytamy.
Dzień się kończy, dziecko idzie spać, a matka pada na twarz. Owa rodzicielka pracuje jeszcze zawodowo w systemie dwunastogodzinnym zmianowym. Co tłumaczy jej zachowanie.
Pozostają czyste, ale niewyprasowane rzeczy i nie równiutko poukładane w szafach.
Co tam.
Takie dziecko ma przynajmniej szczęśliwą MATKĘ.
I mam nadzieję, że dziecko to dostrzega codziennie.
Przecież nie o to chodzi, że „zupa była za słona”; na obiad było jedno danie, a nie dwa; w przedpokoju niestarta podłoga; niedoszorowane kafelki w łazience; niedopucowane klamki.
Nie o to chodzi przecież…
Subskrybuj:
Posty (Atom)


