Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z cyklu: komentarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z cyklu: komentarz. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 grudnia 2014

Powodzenie programu "Świat się kręci".


Zastanawialiście się dlaczego ludzie oglądają ten program późnym popołudniem i dlaczego cieszy się on takim powodzeniem?
Zapewne nie tylko dlatego, że zapraszają co dzień innych gości. Chodzi raczej o formułę i o nas.
Zmieniła się obyczajowość. Kiedyś ludzie częściej się odwiedzali, zapraszali wzajemnie do siebie, bądź wpadali bez zaproszenia i  zbędnego krygowania się.
Obecnie ludzie nie spotykają się, gorzej- coraz rzadziej rozmawiają ze sobą.
Po co się odwiedzać, siadać przy stole i rozmawiać.
Wystarczy włączyć TVP i widzimy krągły stół, gości oraz rozmowę- uwaga- na żywo! Dookoła siedzą ludzie i my też mamy namiastkę poczucia, że w tej rozmowie uczestniczymy.Wystarczy wziąć pilot telewizora do ręki i rozciągnąć się na kanapie.
Jakie to proste.
Jakże ubogie.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Koniec mundialu i wakacyjna szkoła pisania.

Dobrze, że mundial  już się skończył. Późne godziny transmisji z Brazylii dały mi we znaki. Wam pewnie też albo byliście mądrzejsi ode mnie i nie śledzili po nocach rozgrywek. Co prawda wszystkich meczy nie widziałam, ale wiele spośród nich bądź skróty, bądź studio piłkarskie i komentarze. Sporo czasu  i wydajności zabrał ten mundial. Jak zarwę kilka nocy z rzędu to później moje spanie jest całkowicie rozregulowane, co kończy się chronicznym niewyspaniem, przymuleniem w ciągu dnia. Ale teraz już po wszystkim. Nie muszę włączać pudła. Nie muszę nic oglądać (z wyjątkiem filmów z Brigitte). Mam nadzieję, że przekuje się to na większą ilość słów wydalanych przeze mnie i umieszczanych na tym blogu.
Tak, nadal chce mi się pisać. Może jestem ciut przygnębiona remontami spowodowanymi przygotowaniami do przyjścia nowego potomka i przez nie z grubsza ograniczona, ale chęci do pisania tlą się nadal.

Nie wiem ilu z Was Drodzy Bywalcy tegoż bloga czyta Gazetę Wyborczą, zwłaszcza sobotnią z dodatkiem Wysokich Obcasów- bo jeśli przynajmniej poniektórzy, to pewnie zdajecie sobie sprawę o czym chcę poinformować. Mianowicie o WAKACYJNEJ SZKOLE PISANIA. Jak nazwa wskazuje jest to wakacyjny cykl porad udzielanych przez bardziej lub mniej znanych pisarzy dotyczących sztuki pisania. Są to porady bardzo indywidualne, niektóre z przymrużeniem oka, dowcipne i prowokacyjne. Pierwszej lekcji udzielił Janusz Rudnicki w numerze z piątego lipca. W ostatnich WO rady dawała Sylwia Chutnik, natomiast za tydzień ma to być Tomasz Piątek. Cykl wiąże się z konkursem, którego finał nastąpi piętnastego listopada. Prace o swoim życiu, nie dłuższe niż piętnaście tys. znaków należy przesyłać do końca września. Szczegóły na stronie WO.
Jestem cyklem zachwycona, bo co tydzień mogę poczytać o czymś co mnie żywo interesuje! Własny tekst mam w połowie gotowy, więc zamierzam go dokończyć i wystartować w tym konkursie. Zachęcam pozostałych zainteresowaych. Pomimo wakacyjnej aury nie przegapcie takiej szansy! Byłoby szkoda.


czwartek, 10 lipca 2014

TVP 1.Filmy z Brigitte Bardot.

Zauważyliście w ramówce TVP1 wakacyjny cykl filmów z Brigitte Bardot? Chyba w TVP dostrzegli, że gwiazda skończy we wrześniu 80 lat!

Filmy są wyświetlane w okolicach weekendu. Mundial burzy cykliczność, bo np. dzisiaj w nocy o godz.1.35 będzie wyświetlany film, o którym pisałam tutaj "I Bóg stworzył kobietę"z  1956 r. Z tego co się dowiedziałam  dwa tygodnie temu w piątek był wyświetlany film pt.: "Królowe dzikiego zachodu". No, ale dzisiaj mamy czwartek, tylko ta pora zabójcza, żeby film zaczynał się przynajmniej o godz. 23, to by człowiek dotrzymał, a tak to trzeba chyba kręcić budzik. Będziecie oglądać razem ze mną?
Przepraszam, że tak późno daję cynk.


poniedziałek, 16 czerwca 2014

Mundial.

Puk? Puk?
Jest tam kto?
Czy wszyscy siedzą przed ekranami telewizorów i śledzą mundial?
Ja też staram się śledzić mecze bądź tylko ich wyniki, gdyż bardzo lubię piłkę nożną.
Ten mundial jak na razie jest obfity w strzelone gole oraz kontrowersyjne decyzje sędziowskie.
Dzisiejszy hit: Niemcy- Portugalia jak dla mnie był rozczarowujący pod wieloma względami. Fatalny sędzia, niezgrana Portugalia, niewyrównana walka. O ile ciekawsze są mecze, których media aż tak nie nagłaśniają, a które od pierwszego gwizdka przez dziewięćdziesiąt minut są porywające, zaskakujące, jak np. Kostaryka - Urugwaj z wynikiem 3:1?
Czekam na piątkowy mecz, którego jestem bardzo ciekawa, a mianowicie: Włochy- Kostaryka. Obydwie drużyny lubię. Pierwszych od dawna, a to głównie za geniusz gry Andrea Pirlo i inteligencję wypisaną na jego twarzy, a drugi zespół od ostatniego meczu za serce do walki i energię płynącą od zespołu.
Macie swoich  mundialowych faworytów?

Co u Was słychać? Czy cieszycie się latem i pogodą?
Dawno mnie tutaj nie było. Moje wcześniejsze zapowiedzi cotygodniowych wpisów stały się fiaskiem. Myślałam o nich i o blogu, ale ogarnęła mnie niemoc i zwątpienie. Też tak macie?
Muszę jakoś przełamać ten impas i wziąć się w garść.
Zapraszam na jutrzejszy wpis o bardzo znanej książce...


środa, 23 kwietnia 2014

O Tove Jansson z książki: "W Dolinie Muminków".

Chcę się podzielić z Wami jednym cytatem z książki " W Dolinie Muminków" o Tatusiu Muminka, który jak się okazuje jest alter- ego Tove Jansson.

"W pokoju obok siedział Tatuś Muminka zajęty pisaniem pamiętnika. Od czasu gdy zbudował pomost dla "Przygody",  nie zdarzyło się nic ciekawego, co mógłby opisać, wobec czego wrócił do opisywania wspomnień z czasów swej młodości. Wspomnienia te wzruszyły go tak bardzo, że zebrało mu się na płacz. Był zawsze niezwykłym i zdolnym dzieckiem, na którym nikt się nie poznał. Gdy dorósł, w dalszym ciągu nikt go nie rozumiał i życie jego było pod każdym względem tragiczne."

Biedna Tove.

Tove Jansson: "W Dolinie Muminków", Nasza Kisęgarnia W-wa 1964r., str.132-133

sobota, 25 stycznia 2014

Skromność.

Skromność to pojęcie z epoki lodowcowej. Czy dzisiaj, w  naszym skomercjalizowanym świecie można ją znaleźć? Rzadko.
Uderza mnie język telewizji, np. śniadaniowej czy gazet z krzyczącymi nagłówkami: gwiazda, nowa gwiazda, mega gwiazda. Niedługo braknie miejsca na niebieskim firmamencie, by je wszystkie pomieścić.
Prawdziwe gwiazdy bledną wśród nowego towarzystwa.

To samo tyczy się odmiany we wszystkich możliwych konfiguracjach słowa: artysta. Prawie każdy jest artystą, bez względu na to co robi. Wystarczy, że coś samemu wytworzy, zrealizuje- już mianuje się artystą.
Aktor to artysta, piosenkarz to artysta, reżyser to artysta, tekściarz to artysta, kucharz to artysta.
Dlatego bardzo podoba mi się wypowiedź Piotra Fronczewskiego, który kiedyś powiedział, że nie jest artystą, a aktorem. To jest jego wyuczony zawód.
Tylko nieliczne uczelnie przyznają dyplom ze słowem artysta np. artysta malarz na Wydziale Akademii Sztuk Pięknych.

A jednak można spotkać skromnych ludzi. Jednym z nich był Wojciech Kilar. W ubiegłotygodniowym świątecznym wydaniu Gazety Wyborczej (18-19.01.2014 ) jest wywiad z kompozytorem z 2002 roku. Kilar powiedział coś, co świadczy o jego skromności, pokorze, dystansie do siebie samego:

"Pana twórczość...
- Nie lubię słowa twórczość, można to nazwać inaczej.
Pan woli jak?
- Pisanie, komponowanie, praca. Zresztą twórczość to jeszcze nic, najgorsze jest  " moja kariera". To już są szczyty."
   ...
I dalej:

" W każdym razie  ta "twórczość" jest najlepsza wtedy, kiedy jest nieświadoma. Pewnie nie ja to odkryłem, pewnie z tysiąc osób tak mówi. Ale to tak, jakby pytać kwiat, jak rośnie, prawda?"


A przecież "twórczość" to nie jest aż tak rażące słowo, jednak dla skromnych ludzi ono naprawdę wiele znaczy.

Postuluję o używanie słów we właściwym ich znaczeniu.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Wywiad z Matthew Quickiem.

21 listopada ubiegłego roku w Vivie ukazał się wywiad Zuzanny O'Brien z Matthew Quickiem, autorem książki "Poradnik pozytywnego myślenia" na podstawie którego w Hollywood reżyser David O. Russell zrobił film pod tym samym tytułem. Tu można przeczytać wywiad- klik.

Nie zamierzam streszczać całego wywiadu, jednak pragnę przytoczyć kilka istotnych fragmentów, które potwierdzają tezę, że jednak każdy pod warstwą naskórka czuje to, do czego jest powołany w życiu.

Matthew Quick przez wiele lat pracował w szkole, w której dawał z siebie wszystko jako nauczyciel języka angielskiego, jednak od zawsze pragnął zostać pisarzem. 
Pociąg do pisania nie przechodził mu, pomimo upływającego czasu. Nie potrafił zapomnieć o pisaniu. Czuł się niespełniony. Powoli popadał w depresję.

"-Skąd więc depresja?
 Bo pewnego dnia obudziłem się jako trzydziestokilkulatek i zdałem sobie sprawę, że nie jestem tym, kim chcę. Moja żona Alicia, zauważyła to wcześniej. Codziennie rano zakładałem maskę, szedłem do pracy i mówiłem uczniom, że powinni studiować przedmioty ścisłe, bo te kierunki przyniosą im pieniądze. Że mają się nie rozpraszać. A sam chciałem pisać. Kiedy masz 17 lat i mówisz, że chcesz zostać pisarzem, wszyscy uważają, że to fanaberia. Szczególnie jeśli, tak  jak ja, pochodzisz z robotniczego  środowiska, w którym nie było artystów. Kiedy masz lat 30 i wciąż to mówisz, myślą, że masz nie po kolei w głowie. Więc nie mówiłem, ale popadałem w depresję."

Razem z żoną podjęli radykalną decyzję, aby zwolnić się z pracy. Sprzedali dom i w pierwszej kolejności wyruszyli w kilkumiesięczną wyprawę po Ameryce Południowej. Po powrocie zamieszkali u teściów. Żona pracowała, a Matthew pisał w piwnicy książki. Napisał trzy.

"- Ile listów odmownych dostał Pan od wydawców?
Ponad 70. Sam proces pisania utrzymywał mnie w stanie równowagi psychicznej, ale odmowy wtrącały mnie w doły."

Pomimo porażek Matthew się nie poddawał. Pewnego dnia poszedł pobiegać, a jak wrócił, rozpoczął pisać właśnie "Poradnik pozytywnego myślenia". Umieścił w nim wszytko to, co leżało mu na sercu.
Książka zanim trafiła do księgarń, została kupiona przez Weinstein Studio. Agent literacki, z którym Matthew zaledwie miesiąc współpracował, posiadał kontakt z agentem filmowym, to dzięki niemu doszło do szybkiej ekranizacji Poradnika oraz gigantycznej reklamy dla książki i rzecz oczywista- Matthew Quicka jako pisarza.
Na koniec, jeszcze jeden krótki cytat a propos sztuki i pieniędzy:

" W Europie wciąż żywy jest mit biednego artysty, ale w Ameryce artysta ma prawo bytu wtedy, gdy zarabia na sztuce."

Wywiad daje mi nadzieję. Utwierdza mnie w przekonaniu (wielokrotnie na blogu prezentowanym) o tym, jak  ważne jest to, co sobie sami uświadamiamy o nas.
Przypomina, żeby siebie nie zdradzać, a pomimo przeciwności losu pisać, nie przestawać.
Pracować i wierzyć w to co się robi, wtedy osiągniemy cel. Może nie sławę. A spełnienie.

sobota, 27 lipca 2013

Kopie B.B.?


Dzisiaj zapowiadany już wcześniej w komentarzach wpis o naśladowczyniach ikony stylu, bo można już tak śmiało powiedzieć o Brigitte Bardot, patrząc jak pozostali nie tylko się nią inspirują, co naśladują.


Spojrzenie nr 1. 

Kate Moss

Odnoszę wrażenie, że Kate zbudowała karierę na naśladownictwie B. B. Wyznaczyła sobie taką ścieżkę. Brigitte pewnie bardzo jej imponowała. Kate przyjęła nawet jej chimeryczny sposób bycia, te lekko obrażone/urażone miny- toż to Brigitte!


Z wiekiem coraz śmielej stylizuje się na francuską ikonę, kopiując uczesanie, makijaż, miny.
Kate w specjalny sposób obrysowuje konturówka usta,do tego wydyma i rozchyla usta, aby widoczne były górne jedynki, która to mina jest tak charakterystyczna i słynna dla B.B.

Natomiast rynek w prosty i jednoznaczny sposób czerpie z życia B.B. Pierwsze zdjęcie Kate to reklama produktu o nazwie St. Tropez. Jest to samoopalacz dostępny w jednej z sieciowych drogerii. Widzimy na nim Kate patrzącą z ukosa, towarzyszy jej opalenizna i przekonanie, że to lato i opalenizna zdobyta naturalnie w śródziemnomorskim kurorcie St. Tropez, w którym to przecież Brigitte ma dom i jest niemal sztandarem miasteczka, a opalenizna to jej odwieczny atrybut. Nie można było znaleźć bardziej dosłownej nazwy dla produktu.

                                                                            
                                                                                 źródło

Kolejne zdjęcie pochodzi z sesji modowej dla Mango z 2012 r. Jest to również zamierzona stylizacja Kate na Brigitte. Na niektórych spośród tych czarno- białych zdjęć Kate jest bardzo podoba do Brigitte, powiem więcej, Kate jest po prostu zrobiona na B.B. Oceńcie sami.

                                                                                
                                                                                 źródło


Spojrzenie nr.2

Claudia Schiffer

Jedna z czołowych modelek lat '90. Na wielu zdjęciach pozuje na Brigitte, na wielu spośród nich jest na Brigitte wystylizowana, a może raczej ucharakteryzowana. Dawno temu widziałam wywiad z Claudią, w którym wyznała, że wszyscy jej mówią o jej podobieństwie do Brigitte.
Również je dostrzegacie?
                                                                           
                                                                          
                                                                               źródło

Claudia ma więc świadomość podobieństwa, a może raczej po otrzymanych sygnałach od innych osób z branży, zdaje sobie sprawę z zapotrzebowania świata mody na "look" a la Brigitte.

                                                                           
                                                                                źródło               

O ile w przypadku Claudii w moim mniemaniu widać inspirację, żart stylizacji, o tyle w przypadku Kate jest to wypracowane, świadome naśladownictwo.

A Wy co o tym sądzicie?



                                                                               

piątek, 12 lipca 2013

Dlaczego nie jedziemy na wakacje?


                Ten blog z zamierzenia nie miał być politycznym. Jednakowoż takim się staje, kiedy próbuję odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule. Otóż: dlaczego nie jedziemy na wakacje?
Bo nas na wakacje nie stać, brzmi podana najprościej odpowiedź. Ale można ją jeszcze rozwinąć.
Nabieram powietrza w płuca, a więc…
Żyjemy w państwie, gdzie rodziny uczciwie pracujące i zarabiające na życie oraz chcące się rozwijać, żyją z dnia na dzień. Od wypłaty do wypłaty.
Pracuję na pełnym etacie, mąż studiuje, jest potomek, a więc stanowimy  trzyosobową rodzinkę.
Pensja musi pokryć rachunki, nieprzewidziane i niespodziewane opłaty, wystarczyć na jedzenie i czynsz… Każdy, kto wynajmuje mieszkanie, a nie może pomarzyć o własnym, wie co to za piekło. Horrendalne comiesięczne zdzierstwo.
                Delikatnie przesuwamy się w bardzo newralgiczną kwestię w naszym państwie. Dlaczego młode rodziny nie mogą mieć własnego mieszkania, domu, kąta? A jedynie o nim pomarzyć. Dlaczego o nie jest tak bardzo, bardzo trudno (to i tak za mało powiedziane). A jeśli już, to dlaczego staje się ono dorobkiem całożyciowym? By je mieć (oczywiście pomijam przypadki spadku, korzeni magnackich i arystokratycznych), trzeba wziąć kredyt na czterdzieści lat, o ile będzie się miało zdolność kredytową i potem drżeć o to, aby utrzymać pracę, w czasach kiedy to polskie firmy padają jak muchy, a w gazetach obwieszczają, że aby dorobić do emerytury średnio czeka nas  czterokrotne przekwalifikowanie się.
A kiedy kupimy już upragnione dwa pokoje z kuchnią, raty i odsetki pożerają nas. Dlaczego musimy żyć pod dyktat banków? Kto w takim razie ośmieli się pójść o krok dalej i w tej sytuacji zamarzyć o domu z podwórkiem dla dzieci? Te pożądane mieszkanie staja się więzieniem, bo ładując w nie co miesiąc ogromne pieniądze, pozbywamy się w dużym stopniu funduszy na zmiany.
Dlaczego ludzie są skazani na wegetację, pomimo włożonych wielu chęci by życie właśnie takie nie było?
Nie będę tu poruszać innych priorytetowych kwestii, które mnie w moim państwie (chciałam napisać: TYM państwie) denerwują, jak choćby służba zdrowia i pomoc dla młodych rodziców w kwestii opieki nad małymi dziećmi. Dzisiaj piszę o mieszkaniach i o biednym życiu z dnia na dzień.
Coś tu nie gra.
Finalnie, pracujesz cały rok na zmianę w dzień i w nocy, masz w końcu upragniony urlop, a w tym czasie kupujesz farby i malujesz wynajęte mieszkanie, bo się sypie. Robisz to samodzielnie, bo na wynajęcie malarza cię nie stać. Bo „ życie” jest takie drogie, a państwo tak nieprzyjazne dla swoich podatników, którzy chcą tylko pracować i godnie żyć. Uwolnić ceny! Krzyczę.


poniedziałek, 1 lipca 2013

Na dobry początek lata Brigitte Bardot i Daphne Groeneveld

Dzień dobry,

Witam was wszystkich gorąco w ten niezbyt ciepły pierwszy lipcowy dzień.
Dzisiaj chciałabym Wam kochani Czytelnicy, pokazać optymistyczne,pełne lata, słońca i ciepła filmy, i co nieco o nich napisać.
Na pierwszym planie wysuwają się dwie gwiazdy: Brigitte Bardot i  śródziemnomorskie miasteczko Saint Tropez.
Uwielbiam Brigitte za jej urodę, kunszt aktorski, dobre serce dla zwierząt. To osóbka posiadająca niebywały charakterek, czasem niewyparzony języczek, a przy tym mająca w sobie mnóstwo seksapilu, czaru, sensualności...
Chciałabym w przyszłości napisać kilka postów o niej. Napisać o jej Dzienniku, który czytałam kilkukrotnie. Jest tam wiele wątków o których myślę, które analizuję, w końcu nie dają mi spokoju...Ale z pewnością będą to rozważania dużo bardziej poważne, a ten wpis ma być apoteozą lata!
Więc nie będę przynudzać.
Na wstępie film, ale nie z Brigitte.
W czerwcu minął rok od premiery filmu Diora, reklamującego perfumy Dior Addict -nowy zapach Eau Delice.
Reklama owa to remake  filmu Brigitte Bardot: "I Bóg stworzył kobietę", w reżyserii Rogera Vadima, pierwszego męża Brigitte.
W filmie Diora role Brigitte odgrywa, piękna i bardzo młoda modelka (rok ur.1994) Daphne Groeneveld.
Wszystko jest a la Brigitte, wnętrza, klimat, muzyka na wstępie rodem z kina lat 50. Daphne również tańczy słynne mambo na stole w kawiarni.
Zobaczmy.

                                                                            

                                                                            źródło

Czujecie to popołudniowe słońce i wiatr we włosach, podczas przechadzek wąskimi uliczkami, łowiąc w przelocie zaciekawione męskie spojrzenia? Ach, Saint Tropez jak cudownie byłoby tam pojechać...

Sama Brigitte kupując w S. Tropez dom la Madrague, nie poznaje miasta od tamtej chwili. Na początku był to cudownie, leniwy wakacyjny kurort, natomiast wraz z kupnem domu, w każde wakacje tłumy reporterów, a właściwie wściekłych paparazzich nawiedzały tę mieścinę, chcąc zdobyć zdjęcia Brigitte i jej gości. Głodni fotorepoterzy uciekali się do różnych forteli, z wchodzeniem na  drzewa czy wpływaniem do zatoki od strony morza, wprost na jej dom, by z tafli strzelać do niej z obiektywu włącznie. Brigitte w swojej książce "Dziennik B.B". pisze nawet o działaniu jednego z biur podroży, które nielegalnie chcąc wykorzystać jej sławę, sprzedało niemieckim turystom wycieczkę do S.Tropez , w programie ze zwiedzaniem domu Brigitte. Pewnego pięknego dnia podjechał taki autokar pod jej dom i najnormalniej w świecie ci turyści zadzwonili do drzwi. Wzięli to na poważnie, ... zapłacili za to. To taka anegdota. W każdym razie wścibscy podglądacze,  namolni turyści bezpowrotnie zmienili tę nadmorską mieścinę.

A teraz fragment pierwowzoru z 1956r. "I Bóg stworzył kobietę", dziki taniec niespełna 22- letniej Brigitte i jej rozmarzone oczy.

                                              
                                                                
W "I Bóg stworzył kobietę"  Brigitte zagrała u boku młodego Jeana- Louisa Trintignant'a, który był miłością  jej życia. Spędzili  ze sobą tylko siedem dni cudownych wakacji, w zupełnej głuszy, z dala od ludzi , w prowansalskiej chatce. Te siedem dni Brigitte wspomina jako najpiękniesze i najszczęśliwsze w swoim życiu. Ich uczucie wybuchło oczywiście na planie tego filmu. O J.L.Trintignant stało się ostatnio  głośno za sprawą filmu "Miłość". Zastanawiam się, co czuła Brigitte , słysząc o jego udanej roli. Pewnie się cieszyła.
Brigitte to niebywale temperamenta kobieta w wielu dziedzinach życia. Tańczy lekko jak piórko.

Teraz możemy się rozmarzyć o zielonym, spienionym morzu, gorącym piasku, kawach wypijanych w malutkich knajpach usytuowanych przy deptaku, zachodach słońca...O tym wszystkim z czym kojarzą się wakacje...
Miłych, pełnych odpoczynku, słońca wakacji wszystkim życzę.




sobota, 29 czerwca 2013

Niestrawna papka i pytania


          Wszędzie eksperci. W telewizji śniadaniowej, radio, gazetach. Poradników tysiące. Wydaje się, że nie umiemy już nic, a potrzebujemy instrukcji do tego jak zrobić pierwszy krok, zaparzyć herbatę, kochać.
Wszystko jest nam tłumaczone, objaśniane, "zło" często psychologizowane. Stara rzecz: dekalog.
Któż o nim dzisiaj pamięta?
Komu on daje dzisiaj odpowiedzi?
Kto snuje rozważania na jego temat?


wtorek, 18 czerwca 2013

Jestem oszołomiona zielenią i oczadzona zapachem.


           Nie pamiętam od lat tak bujnej i zielonej roślinności wiosną. Deszczu mamy w nadmiarze, ale właśnie dzięki niemu wszystkie drzewa, krzewy, trawy i zioła są w pełni napite i nasycone minerałami. Lipy, kasztanowce, sosny, modrzewie, topole- wszystkie tak przesycone barwą. Hojnie ubrane w listowie korony drzew, tworzą zielone kopuły, zielone parasole. Akacje w tym roku zakwitły upajająco, uginając się wprost od ilości kwiatów. Nie wiem czy w poprzednich latach kwiecia miały mniej, czy też ja nie poświęciłam im wtenczas należytej uwagi, w co wątpię.
Nad całą tą zielenią unoszą się opary wilgoci, po deszczu.Wszystko pachnie: runo leśne, zielone dywany z mchów, łąki przyozdobione polnymi kwiatami. Ptaki śpiewają w tej gęstwinie jak szalone świergotem szczęśliwym i hałaśliwym. Jest pięknie.


                                                        *****

Jan Kochanowski


      Ta fraszka na koniec to komentarz o mnie.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Uniwersalne piękno i Himilsbach

Wiem, powinnam przedstawić tutaj swoje teksty, aspirujące do bycia literaturą, zgodnie z zapowiedzią. Jak na razie zbiera mi się na komentowanie. Przez te dwa dni udało mi się trochę zapóźnień czytelniczych nadrobić. Przeczytałam wiele cennych i ciekawych artykułów, i wiele spośród nich chciałabym skomentować.
Niejako zaskoczył mnie i dał do myślenia artykuł, pt: "Duże oko, blada twarz."(WO z 26.01.2013r.)
W skrócie- opisuje on Azjatek ideał piękna oraz ich sposoby na upiększanie siebie.

Z pewnością, ich zdrowy styl życia zasługuje na pochwały, ale zdumiewa mnie w jaki sposób dążą do tego, by sie upodobnić do kobiety rasy białej- "Europejki"- jak podają Chinka i Japonka.
Dziewczyny opowiadają o bardzo powszechnych operacjach powiększania oczu, polegających na dźwiganiu górnej powieki. A jeśli niektórych nie stać na ten luksus, mogą kupić  specjalny klej, który ma utrzymać górną powiekę przez dwanaście godzin. Wszystko po to, by oczy wydawały się większe. Można jeszcze wyćwiczyć specjalny, powiększający makijaż oczu.
No cóż, chyba nie ma co się dziwić… Wystarczy przypatrzeć się japońskim kreskówkom, oczy postaci zajmują przecież połowę twarzy. Karmione tym dzieciaki, w dorosłym życiu dążą do tego, by choć odrobinę zbliżyć się do ideału.
Czy istnieje coś takiego jak uniwersalne piękno?
Jeśli tak, to w Azji przybiera ono formę- białej Europejki z dużymi oczami, dużym biustem.
Toteż, prócz operacji powiększania oczu, są popularne operacje powiększające biust.
Kremy rozjaśniające, wręcz wybielające cerę. Nie sposób wspomnieć w tym miejscu Michaela Jacksona- wręcz karykaturalny przykład pragnienia wybielenia siebie.
U nas słońca mało, ale po drugiej stronie półkuli go nie brak. Japonki, Australijki spacerują pod białymi parasolkami, aby się uchronić od ostrych promieni słonecznych. Kremy przeciwsłoneczne z wysokim filtrem to podstawa.

Ach, ta inność- to obiekt westchnień i ciężkiej pracy. To co nieosiągalne, wydaje się piękne. My zazdrościmy Azjatkom pięknych włosów, one przefarbują się na rudo, by się wyróżnić.
Uderzające jest to pragnienie bycia kimś innym. Dziewczyny stale pracują nad własną atrakcyjnością, nad jej poprawianiem. Każda ma wymagania wobec siebie. Dziewczyny same się dopingują, stawiają wysoko poprzeczkę- nie  ma niezadbanych. Wszystkie się starają. To taki krąg zamknięty. Myślę sobie też, że konkurencja miedzy nimi również jest wielka.

Tak się składa, że mam w rodzinie Azjatkę. To mieszkanka Jawy, żona mojego kuzyna.
Jej zachowanie również potwierdza, jak ważny dla nich jest wygląd. Oto przykład. Będąc w Polsce, przed wyjściem do znajomych, matka zrobiła makijaż pięcioletniej córeczce. Po to, by i tak śliczną dziewczynkę jeszcze upiększyć. Dla nas to był szok.
Innym razem zabroniła dzieciom podawać herbatę. Rozumiem, to prawo rodzica, może decydować co podać dziecku, a czego nie. Domyślam się również, że tam picie herbaty nie jest popularne, bo jest ciepło przez cały rok, pije się wodę, a teina w końcu nie jest podobno zdrowa. Jej troska niejako nie dotyczyła zdrowia, a wyglądu. Najważniejszym argumentem przeciwko piciu herbaty, był fakt, że po niej żółkną zęby…

W Polsce- kraju naturalnie Plemienia Biała Twarz, przez ostatnią dekadę była odwrotna tendencja. Dziewczyny starały się, upodobnić do dziewczyn rodem z latynoskich seriali. Mulatki, czarnulki, bądź blondynki nieomalże o karnacji Halle Berry, polskie Evy Longorie, Angie Cepedy, Jenniferki Lopez. Analogicznie, jak w przypadku Azjatek, które chcą się wybielać, my marzymy… Znowu o tym, co tym razem u nas nie jest dostępne- o ciemnej karnacji. Ale?!

I z tym ludzkość sobie poradziła. Solaria wyrastały jak grzyby po deszczu. Jedne przed drugimi kusiły nowymi lampami. A to pojawiły się solaria natryskowe. A to nielegalne, ale dostępne w sieci zastrzyki z pigmentem. Słowem od jedzenia marchewki i picia soków marchewkowych zaczynając, na zastrzykach kończąc.
Jednak trochę się już wyedukowałyśmy. Wiemy, że to nie jest za zdrowe. Już nie biegamy pod lampy, a do drogerii, gdzie mamy całą gamę samoopalaczy. Przemysł zajmujący się „produkcją mulatek” na pewno ma się w Polsce dobrze.

Dlaczego tak trudno przychodzi akceptacja siebie?


                                                         

Na koniec, w zupełnie innym tonie; jako wisienkę na torcie, chcę przytoczyć anegdotę o Janie Himilsbachu. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam. Również dotarłam do niej poprzez czytanie gazet.:-)
Wywiad z Jerzym Stuhrem w świątecznym (czyt. weekendowym) wydaniu GW(18-19.01.2013r.).
Stuhr użył jej jako porównania do swojej sytuacji, w latach szału obławy listy Wildsteina- ale po szczegóły odsyłam do GW. Tymczasem napawam się sama anegdotą o Himilsbachu…

Cytuję za Jerzym Stuhrem:

„Zaproponowano mu kiedyś rolę w zachodnim filmie granym po angielsku. Gaża, sława, Hollywood, a Himilsbach odmówił. Pytają więc dlaczego. A on odpowiada: „ Nauczę się angielskiego, oni wezmą kogoś innego i zostanę z tym angielskim jak jakiś chuj”.”

środa, 23 stycznia 2013

Waga średnia


Bardzo dużo ostatnio się mówi o modzie na pin- up girls i burleskę.
Trend w ubiorze, fryzurach jest zauważalny od dawna. I trzeba przyznać, jest to temat wdzięczny. Krągłe biodra. Krągłe biusty. Koronkowa bielizna. Fikuśne gorsety. Ponętna czerwona szminka na ustach. Grzywki zwinięte w lok, włosy w fale. I wiele wariacji na ten temat.
Wyjątkowo ładnie, prezentują się takie kociaki naszkicowane, których rysunki okraszają np. kalendarze.
W Polsce, objawem tego zainteresowania, mody, jest Betty Q, której pseudonim jest inspirowany najwyraźniej Bettie Page- miss pin- up girls z 1955 roku, jednej z ikon tego stylu. Swoją drogą ciekawie jej się losy potoczyły. Można kupić biografie o Page, ale z tego co wiem, tylko w języku angielskim.
W prasie ostatnio o burlesce i korzyściach z niej płynących, w najnowszej Pani w swym felietonie pisze  Sylwia Chutnik. Również Dziennik Zachodni z dnia 18.01.2013 roku ma na ten temat artykuł. Opisano tam m.in. fenomen Betty Q  i jej zespołu.
W odniesieniu do DZ, drażni mnie przeciwstawianie wychudzonych modelek, anorektyczek- osobom z nadwagą. Nie bójmy się tego tak nazwać. Piszą o Betty Q jak o prawdziwej kobiecie. I nie wątpię w to, że nią jest. Ale nie jedyną…
Nie zapominajmy o tym, że pomiędzy rozmiarem 34-36 a 48-50, są jeszcze dziewczyny pośrodku, tzn. nie nazwiemy ich chudymi bądź szczupłymi ani z kolei grubymi, puszystymi- wprost z nadwagą, bądź otyłymi. A zwyczajnymi, normalnymi, z d r o w y m i. Mają biodra i biust, ale do tego zgrabne nogi, ramiona, talię. Zdrowe ciało- a nie z poważną nadwagą. Niezdrową przecież.
Tak choćby nie było innej alternatywy, tylko: chude-grube.
                Statystyki alarmują, że w Polsce przybywa dzieci otyłych, dzieci chorych na cukrzycę. Takich „batonikowych” czy „z szkolnych automatów” otyłości jest coraz więcej. Nie dziwmy się więc, że wokół nas tych grubszych będzie się pojawiało coraz więcej, tak jak w państwach wysoko uprzemysłowionych, np. USA. Z tą zmianą NAS SAMYCH przesuwają się normy, postrzeganie nas samych. Być może powstanie nowy, niepisany kanon urody.
 Na ulicach pojawiają się większe rozmiary, w sklepach analogicznie też. To co kiedyś uważano za nadwagę, dziś nie jest już tak powszechnie odbierane.
Bynajmniej nie nastaję na osoby grubsze. Świat jest kolorowy, piękny i różnorodny. Zauważmy, że można zaobserwować pewne typy, np. osoby bardzo szczupłe- często cholerycy, osoby przy tuszy-jowialne, z rubasznym poczuciem humoru. I zawsze po prostu będą tacy i tacy.
Nie odmawiam też urody, czy walorów jednym czy drugim. Każdy człowiek jest indywidualnością. Ma swoje atuty. Charakter. Ten ostatni tak naprawdę, nieraz jest tym pięknem, płynącym od środka, które całkowicie zmienia odbiór danej osoby.
                Chodzi mi o nasze zdrowie. O prawdę. Nie dajmy się zwariować i w imię poprawności politycznej, nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu. Nadwaga to nadwaga. Otyłość to otyłość. I to nie jest zdrowe dla nas. Trzeba starać się z tym walczyć. Nie dyskryminować. Nie! A edukować, tłumaczyć, powtarzać, że nadwaga jest niezdrowa, skraca nam życie, jest przyczyną wielu chorób na czele ze wspomnianą wcześniej cukrzycą i chorobami krążenia.
Wracając do burleski. Chwała jej za to doznawanie i cieszenie się kobiecością.
Popatrzmy na zdjęcia Bettie Page. Jest bardzo zgrabną, zwyczajną dziewczyną. Nie odchudzonym i przetrenowanym cyborgiem ani też modelką w rozmiarze XXL wciśniętą w gorset. Taką, jakich najwięcej wokół nas. Taką jak Ty i Ty…
Muszę jeszcze stanąć w obronie dziewczyn szczupłych. I tych bardzo szczupłych też. To nie jest tak, że się katują dietami. Niektóre  pewnie tak, np. chcąc się utrzymać w zawodzie modelki o rozmiarze 34, a akurat nie mając takich naturalnych predyspozycji, muszą prowadzić dietę. Niejako z autopsji wiem, że niektórzy  całkiem zwyczajnie taki rozmiar posiadają, przy normalnym, zdrowym apetycie. Więcej. Nie mogą przytyć.
 Mam trzy siostry. Każda z nas jest inna. Jedna z nich ma rozmiar 34, a czasem nawet poniżej. Najmniejszy rozmiar pończoch spływa jej po nogach. Odżywia się normalnie, jemy podobne porcje. Nigdy nie stosowała jakichś diet.
Konkluzja?
Nasuwa się sama. Jesteśmy różni. Nie jestem genetykiem i może się powtarzam, ale mam ochotę użyć takiego określenia, że każdy ma gdzieś w sobie zapisany swój „genotyp”- i po prostu jest taki, jakim ma być.
Inną kwestią są błędy i złe nawyki żywieniowe, niewiedza, i ignorancja. Niektórzy zamiast zróżnicowanej diety, jedzą na okrągło to samo, wybierają suplementy diety, syntetyczne witaminy. Ale to już inny temat.
                Chciałabym, ażeby artykuły nie reprezentowały tak skrajnych postaw: pochwała grubych kontra wychudzone anorektyczki. Szczupłe dziewczyny to nie jest nic dziwnego i nienormalnego oraz to nie są synonimy chudych anorektyczek. I odwrotnie.
Nie traktujmy ich tak. My grubsze. Czy to zawiść?
A te wszystkie dziewczyny pośrodku, nie równają się grubsze, otyłe.
Brakuje złotego środka.


                          Chude anorektyczki =/= szczupłe dziewczyny
                           Zdrowe dziewczyny =/= otyłe dziewczyny
                           Piękne dziewczyny = wszystkie dziewczyny J