piątek, 23 sierpnia 2013

Napoleon Bonaparte, Elvis Presley, Jan Paweł II, Andrzej Zaucha- mój sierpniowy miks.



Długo mnie tutaj nie było. Lato chyli się ku końcowi, o czym okrutnie przypomina coraz krótszy dzień, szybki zachód słońca. Ale, aby udokumentować lato, wklejam stare zdjęcie polskiego morza po zachodzie słońca z przepiękną pomarańczowa łuną.

                                                                               

 
Przegapiłam odnotowanie tutaj daty 15 sierpnia, kiedy to przypadła 244 rocznica urodzin Napoleona. W kalendarzu pod tą datą, wdzięcznie nam o tym przypominają imieniny Marii i Napoleona.
Odnotowuję tę rocznicę, bo dla wszystkich odwiedzających ten blog, którzy zdążyli już troszkę mnie poznać, wiadomym jest, że piszę książkę osadzoną w realiach współczesnych Napoleonowi oraz rzecz jasna związaną z nim samym. O tym jakie zrobiłam postępy i czy w ogóle innym razem.

Jeszcze jedna kartka z kalendarza: 16 sierpnia minęła 36 rocznica śmierci króla Elvisa Presleya. Pokój jego duszy.

Zrobił się wpis wspominkowy, ale jeszcze dzisiaj to nie koniec wydobywania przodków na światło dzienne.

Mnie też trzeba wydobyć z otchłani niemocy jakiejś. Odcięłam się od internetu na jakiś czas, pewnie dobrze, że tak się stało. W międzyczasie znowu pojawiły się znane mi dylematy, wiadome wątpliwości, o tym czy pisać, kiedy pisać, jak gospodarować czasem, aby nie mieć poczucia winy, że okradam rodzinę z możliwości wspólnie spędzonego czasu. (Humorystycznie pisałam już o tym tutaj klik.) Nachodzą mnie różne myśli, cisną się na usta znane cytaty, jak ten z księdza Twardowskiego:” Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą". Więc co ja tu robię lub przed plikiem Word mojej książki? Czy nie tracę właśnie czasu na moje akty twórcze? Czas tak szybko płynie...Ucieka. Dziecko coraz mniej dziecinne, coraz bardziej samodzielne, osobne. Czy nie tracę czasu zanim wyfrunie? Z drugiej strony rozsądek, że trzeba robić w życiu, choć o drobinę to co się lubi, bo to wzbogaca, uszczęśliwia, udziela się pozytywnie innym obok mnie. Pewnie nie byłbym taka surowa dla siebie, gdybym mogła mniej czasu spędzać w pracy. Ideałem byłaby praca zawodowa- pisarz, utrzymywanie się z niej, no i pisanie w domu. Wiem, każdy domorosły marzyciel o skrzywieniu humanistycznym tak by chciał. Nie jestem  w tym odosobniona. Czasem żałuje, że parę lat temu  nie startowałam na poważnie do służb mundurowych, a tam, wedle starych przepisów obejmujące ówczesne roczniki rozpoczynające pracę, mogłabym po 15 latach przejść na emeryturę. Kalkuluję tę niesprawiedliwość społeczną na własny użytek. I wyobrażenia powodują, że żałuję. Po 15 latach emerytura- choćby minimum socjalne, ale i ubezpieczenie zdrowotne, no i spokój, czas na pisanie, wciąż jeszcze młodość, a więc siły i czas, czas, czas....
Do tego jeszcze zdobyte doświadczenie, zawsze mogłabym zacząć pisać wiarygodne kryminały na przykład.
Z tym czasem to jest jakieś szaleństwo. Kiedyś tak życie nie pędziło. Kiedyś ludzie wpadali do siebie w niedzielę bez zapowiedzi. A każdy się cieszył, MIAŁ CZAS, upieczone domowe ciasto. Dzisiaj bez telefonu z tygodniowym wyprzedzeniem w tej sprawie , sms-em,  nie daj Bóg, nie pokazuj się, bo zostaniesz obarczony krzywym spojrzeniem lub zastaniesz Nieobecność pod drzwiami mieszkania w najmilszym przypadku. Dzisiaj wszyscy powtarzają: czas to pieniądz. O czasie też rozmyślam- o jego linearności, czy też przeciwnie statyczności. Czas zawsze jest ten sam, to my się zmieniamy, przemijamy, a czas to próżnia, tkwi w miejscu. Zarządzanie czasem to sztuka XXI wieku.
Pewnej niedzieli o siódmej rano w TVP2 był program dokumentalny o błogosławionym JPII. Utkwił mi wywiad z siostrą zakonną  jednego z zakonów w Warszawie ( nie pamiętam nazwy). W każdym razie papież się z nią przyjaźnił i często tam bywał jeszcze jako Karol Wojtyła, zanim zamieszkał w Watykanie. I ta siostra przełożona wspomina, jak pewnego dnia papież je odwiedził. Ona była bardzo zdumiona i zapytała jak to się stało, skoro Jan Paweł II jest tak zajęty i ma mało czasu, a przyjechał do nich pomimo pielgrzymki. A papież odpowiedział-trawestuję, że czas nie rządzi nim , tylko on rządzi czasem. I kto to widział, aby było odwrotnie.
Bardzo mi to utkwiło w pamięci. Właściwie postawiona hierarchia wartości i rzeczy. Jakie to ważne w życiu.
A ja ? Wciąż czas rządzi mną, pogania, panoszy się jako gospodarz, a to ja powinnam go okiełznać, przecież z dnia na dzień go ubywa na mojej linii życia, pora się w końcu nauczyć nad nim panować. Stać się gospodarzem swojego życia i czasu.  Robić rzeczy właściwie i wartościowe, czas ignorować kiedy trzeba, zapomnieć o jego oddechu na plecach. Niech on poczeka.

Dzisiaj w nocy usłyszałam znaną mi, aczkolwiek dawno nie słyszaną piosenkę Andrzeja Zauchy. I doznałam iluminacji niemalże. Nie wiem czy to ten nastrój, ciemna noc, cisza i spokój, że fonia uderzyła mnie z taką mocą, piosenka opanowała kompletnie.
Andrzej Zaucha to taki outsider, artysta pełna gębą, pełen charyzmy. Wyprzedzał swoją epokę, jak każdy geniusz własną urodzony na przestrzeni wieków. Jego wykonania piosenek zawsze były brawurowe i nie do pobicia.
To była piosenka pod tytułem:” Bądź moim natchnieniem”. Słowa do tej piosenki napisał Wojciech Młynarski,  kolejny geniusz, muzykę skomponował Antonii Kopff, też geniusz.
Muzyka jest ponadczasowa, i ten saksofon w tle, głos Andrzeja zadziorny, aktorski we fragmentach… Posłuchajmy.

                                                                               źródło 

Bądź moim natchnieniem,
że świat zmienię przeświadczeniem
pięknym bądź, bo skąd mam je wziąć?
Zły czas unieważnij,
daj blask mojej wyobraźni,
myślom mym bądź, jak czuły rym.

Improwizacją kolorową rządź,
ekranizacją moich marzeń bądź.
Bądź grą gdzie co los to fant,
bądź listem na poste restante.
Blondynką mi bądź niedużą
i moją wielką muzą.

Ja gram, śpiewam tworzę,
a ty hoże me niebożę,
przy mnie siądź,
natchnieniem mym bądź.

Ja jestem facet co w saksofon dmie,
taką mam pracę nie najlżejszą, nie.
Kłopoty mam w moll i w dur.
Potrzeba mi chmur i piór
by niosły mnie swingu skrzydła,
by fraza mi nie brzydła.

Więc bądź moją muzą
bądź mi blondyneczką niedużą.
W skwar czy w deszcz
co robić masz, wiesz
Co masz robić, wiesz:
smaż, gotuj, zmywaj, pierz,
a przytul czasem też,
artystom takich muz
potrzeba i już.


Każdy „artysta” potrzebuje takich muz.
Zwał jak zwał. Twórca, sztukmistrz, naukowiec, wynalazca, malarz, muzyk.
Muzy, niejednokrotnie ŻONY odwalają kawał świetnej roboty, stwarzają warunki do pracy, spokój, a czasem są nieodzowną pomocą na każdym polu, nawet twórczym.
Czy Thomas Mann napisałby wszystkie książki bez swojej żony Katii?
Czy  Pierre Curie miałby takie osiągnięcia bez Marii Skłodowskiej?
Czy Albert Einstein wymyśliłby teorie względności bez swojej żony Milevy?
A Dali bez swojej żony Gali, czy popełniłby te wszystkie surrealistyczne obrazy?
Itd., itd., itd…

Piosenka zgrabnie się łączy z moimi wcześniejszymi rozterkami nad pisaniem, z powodu nawału obowiązków i braku czasu. MOŻE DOBRYM WYJŚCIEM Z SYTUACJI BYŁABY WŁASNA ŻONA, TAKA MUZA NA WYŁĄCZNOŚĆ?


2 komentarze:

MolikZygmuntEWA pisze...

Lauro, wzruszyły mnie twoje rozterki. "My blogerzy", wszyscy ich doświadczamy więc dobrze je znamy. Pisać, nie pisać, a jeśli to co i jak? Nie warto myśleć w ten sposób, tylko skrzydła opadną.
Dopiero dziś dowiedziałam się, że piszesz 'coś większego'. Trzymam kciuki i podziwiam. Niełatwo pogodzić z codziennością tę dodatkową aktywność. Bo ten czas, ten czas, w takim pędzie przelatuje jakby mimo nas. Z każdym rokiem prędzej.
Masz rację, inaczej bywało i nie tylko w wolne dni. Każdy wpadał do każdego, kiedy dusza zapragnie. Nawet dzwonić do zawsze otwartych drzwi nie było trzeba. Pozdrawiam

Laura Bellini pisze...

Dzięki Ewo! Trzymanie kciuków z pewnością pomoże. Nie lubię kiedy skrzydła opadają, ale niestety zdarza się:-).Również pozdrawiam.