środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!

Gdańska choinka 2010r. Fot. Mój Mąż.

Moi Drodzy
 Życzę Wam pięknych Świąt Bożego Narodzenia, nie białych (jak na zdjęciu), bo na takowe w tym roku szans nie ma przy 8 stopniach Celsjusza.
Zdrowych, smacznych (mam nadzieję, że z gotowaniem i pieczeniem się wyrobiliście:-)) oraz spokojnych Świąt w gronie bliskich.
Życzę Wam Świąt takich, jakie sobie wymarzyliście. Bez napinki.

                                                                                             Laura Bellini

środa, 3 grudnia 2014

Powodzenie programu "Świat się kręci".


Zastanawialiście się dlaczego ludzie oglądają ten program późnym popołudniem i dlaczego cieszy się on takim powodzeniem?
Zapewne nie tylko dlatego, że zapraszają co dzień innych gości. Chodzi raczej o formułę i o nas.
Zmieniła się obyczajowość. Kiedyś ludzie częściej się odwiedzali, zapraszali wzajemnie do siebie, bądź wpadali bez zaproszenia i  zbędnego krygowania się.
Obecnie ludzie nie spotykają się, gorzej- coraz rzadziej rozmawiają ze sobą.
Po co się odwiedzać, siadać przy stole i rozmawiać.
Wystarczy włączyć TVP i widzimy krągły stół, gości oraz rozmowę- uwaga- na żywo! Dookoła siedzą ludzie i my też mamy namiastkę poczucia, że w tej rozmowie uczestniczymy.Wystarczy wziąć pilot telewizora do ręki i rozciągnąć się na kanapie.
Jakie to proste.
Jakże ubogie.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Małgorzata Musierowicz: "Wnuczka do orzechów".


źródło grafiki
Wnuczka do orzechów rozpoczyna się nietypowo. Oto Ida Pałys zostaje samotną letniczką na jednej ze wsi wielkopolskich, nieopodal rancza siostry Pulpecji. Zamieszkuje w domku, który prowadzi duet sióstr: Andzia i Wiktoryna oraz ich wnuczka Dorota Rumianek. Dorota to jedna z głównych postaci młodzieżowych. Prócz niej jest jeszcze były Józinek, a obecnie Józef oraz były Miągwa, a aktualnie Ignacy Grzegorz Stryba. Pomimo upływu lat ich filarowe cechy charakteru są niezmienne. Romantyczny Ignaś nadal żywi awersję do natury w bezpośrednim kontakcie, a Józef wciąż emanuje spokojem i potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji. Z tej ciągłości i okoliczności przyrody, znowu wynikają przezabawne sytuacje.
W książce sporo jest Idy, co bardzo mnie cieszy. Ta Idusia przypomina mi tę z Córki Robrojka. Doktor medycyny znów prowadzi przezabawne monologi, tym razem epistolarne (najpierw do Gabrysi, później Pulpecji).
Duet babć z kolei, przypomniał mi duet braci- dziadków z Noelki: Cyryla i Metodego. Jednak postacie babć nie były tak nadrzędne dla fabuły "Wnuczki..."; jednak myślę, że ich wątek zostanie rozwinięty w kolejnej zapowiedzianej książce Pani Musierowicz, pt: Feblik ( a może się mylę, to są tylko moje domysły).
Akcja książki toczy się głównie na wsi, jedną z drugoplanowych bohaterek jest wdzięczna Kobyłka- klacz Doroty. W książce odnajdziemy wiele afirmacyjnych opisów wsi i przyrody.
Koneserzy Jeżyciady z pewnością odnajdą we Wnuczce do orzechów wiele niuansów, smaczków i analogii do poprzednich części.
Pióro pani Musierowicz ma wciąż niestępiony dowcip. W książce jest wiele komicznych momentów. Czyta się ją z lekkością.
Tradycyjne wydanie jeżycjadowe: z okładką i ilustracjami autorki.To już klasyka.

Dwudziesta cześć Jeżycjady  Małgorzaty Musierowicz jest dowcipna i mądra. Napisana z klasą. Jak zawsze.

Małgorzata Musierowicz:"Wnuczka do orzechów", Wydawnictwo Akapit Press, Wydanie I.

czwartek, 27 listopada 2014

Listopadowe uroki.


Jeszcze trzy dni listopada i się z nim pożegnamy. Wkroczy grudzień z Mikołajami i choinkami.
Na przekór nachalnym wystawom sklepowym zamieszczam obrazy adekwatne do pory. Cieszmy się aktualnym pięknem, a nie wybiegajmy w przyszłość.







wtorek, 25 listopada 2014

Emilia Kiereś: " Rzeka".

źródło grafiki

Premiera Rzeki odbyła się szóstego listopada i przyznam szczerze, że byłam bardzo jej ciekawa, gdyż literackie poczynania autorki obserwuję od początku.
Rzeka to opowieść, która toczy się dosłownie i w przenośni od źródełka do ujścia jej do morza. Główny bohater Kilian wyrusza w drogę jej brzegiem. Opuszcza dom i matkę oraz surowe góry, i wyrusza przed siebie w poszukiwanie ojca, który nie powrócił z wojny. Nie jest jednak całkowicie sam, towarzyszy mu sokół, który jest jego sprzymierzeńcem i przyjacielem.
Szybko okazuje się, że nie jest to zwykła podróż, a szkoła życia. Chłopiec musi się zmierzyć z przeciwnościami losu, ale i zmaga się sam z sobą. Odkrywa wiele prawd o sobie i o ludziach, konfrontuje się z kłamstwem i własną naiwnością, która zostanie wykorzystana. To wszystko Kilian musi odkryć i zrozumieć. Uczy się też co to znaczy dobre imię i że ciężko się na nie pracuje, zwłaszcza, gdy pochopnie się je utraciło.
Książka jest przygodowa, gdyż sama podroż jest przygodą, ale bynajmniej nie jest lekka.
Pożogi, spisek, walki wręcz- to wszystko spotykamy w Rzece. Ujmujące opisy przyrody.
Książka  opisywaną epoką i charakterem przypomina mi Ogniem i mieczem. Myślę, że zwłaszcza chłopców ucieszy.
Chyba normą stały się przepiękne, bogate wydania w twardej oprawie książek pani Kiereś.Okładka i wewnętrzne ilustracje to dzieło autorki. Każdy rozdział na początku i końcu jest przyozdobiony.
Papier biały, błyszczący, sporej wielkości druk- całość dopracowana. Wydanie przypomina mi jedną z wcześniejszych książek, pt.: Brat. 
Polecam.

Emilia Kiereś: "Rzeka",Wydawnictwo Akapit Press.Wydanie I.

niedziela, 23 listopada 2014

Emilia Kiereś: "Kwadrans".

                               
"W naszych czasach, kiedy literatura dla dorosłych podupada, dobre książki dla dzieci są jedyną nadzieją i ostoją. Wielu dorosłych czyta i lubi książki dla dzieci. Piszemy nie tylko dla dzieci, ale również dla ich rodziców. Oni też są poważnymi dziećmi."
                                                           
                                                                              Isaac Bashevis Singer

źródło grafiki

Kwadrans to niemalże powiastka filozoficzna o czasie i przemijaniu życia, a może właśnie jego trwaniu w ludziach na przestrzeni wieków.
Pejzaż zimowy. Rozdziały to godziny na tarczy zegara. 
Cyfry arabskie wyznaczają te współczesne, rzymskie odległe o sto lat. Występują naprzemiennie.

Są to czarowne, tajemnicze, równolegle rozgrywające się dwie historie, które z każdą mijająca godziną, zazębiają się coraz bardziej, choć głównych bohaterów dzieli granica stulecia. Ich życie połączy stary zegar. Nadrzędne postaci to: Jeremi, Ludwika oraz  Filip. Pani Kiereś odkurza i przybliża współczesnemu, bardzo skomputeryzowanemu pokoleniu zapomniany i niedoceniany dzisiaj fach zegarmistrzostwa. To ładny hołd dla wszystkich "lekarzy zegarów" oraz ciekawy zabieg zaznajomienia młodego czytelnika z taką szlachetną i zapomnianą profesją.
Z książki płynie nauka i refleksja nie tylko dla młodych czytelników, ale i ich opiekunów. Stąd cytat Singera. Mogą przystanąć w tym zabieganym świecie, zadumać się i zastanowić nad swoim życiem. A przy Kwadransie to się staje.
 Życie nasze nie jest osobnym bytem, ale połączone siecią nieuchwytnych więzi z innymi. Oddziałuje  na wszystko wkoło. Jesteśmy ze sobą powiązani, a czas to pojęcie względne. Każdy człowiek ma  swój zegar,  wewnętrzny mechanizm, który wybija sekundy życia. Jest on nakręcony na określony, dany nam czas. Nie wiemy jaki on jest, jednakże perspektywa naszego życia jawiąca się jako okruch, wycinek wieczności, ma nam uświadomić jego wartość; to,  że trzeba przeżyć je jak najlepiej. Nie zmarnować czasu.

Książka została dobrze przemyślana, zanim została zapisana. Fabuła rozwija się jak wstążka. Po kawalku poznajemy ją i są to miłe odkrycia.
Kwadrans w warstwie językowej oddaje opisywane epoki. Współcześnie słyszymy, np.:" Młody", a sto lat wstecz: "Hultaju!". Zdecydowanie w książce znajdziemy staranny i bogaty język.
Emilia Kiereś nie tylko zdolności pisarskie, ale również plastyczne odziedziczyła w genach. Jest ilustratorką i projektantką okładek większości swoich książek, nie tylko Kwadransa.
Książka jest porządnie wydana w twardej oprawie, w środku  wykonana z białego, grubego, nieprześwitującego papieru. Estetycznie majstersztyk. Odstępy między linijkami spore, tak że kilkulatek nie będzie miał problemu z czytaniem. Słowem, książka cieszy nie tylko ze względu na treść, ale i na wykonanie. Wydanie bardzo dopieszczone.

To czwarta książka pani Kiereś, jeśli jednym słowem miałabym scharakteryzować twórczość p. Kiereś, to byłoby to słowo "nastrój", a dopiero później "pomysł" i "tajemnica". Autorka potrafi przenosić nas w rożne miejsca i w czasie.

Coś w tym jest, że dobre książki dla dzieci, te najbardziej udane podobają się też rodzicom. Może chodzi o to, że przy dobrych książkach znikają podziały na te dla dzieci i dorosłych, a pozostają dobre książki dla wszystkich. Kwadrans właśnie taki jest. Dobry dla wszystkich.

Emilia Kiereś: "Kwadrans", Wydawnictwo Akapit Press, Wydanie I

czwartek, 20 listopada 2014

Roma Ligocka:" Droga Romo".

źródło

Jest to najnowsza książka Romy Ligockiej, której  premiera odbyła się niedawno-  szóstego listopada.
Nie uwiodła mnie ta książka tak jak te, z którymi zetknęłam się wcześniej, np.: Dobre dziecko.
Oczywiście książka napisana jest lekkim piórem i dobrze się ją czyta, jak wszystkie książki autorki.

Roma Ligocka zabiera nas do Krakowa końcówki lat pięćdziesiątych. Towarzyszymy jej od osiemnastych urodzin do dwudziestych.
Barwnie opisuje życie w mieście, wspomina ASP, znane dzisiaj postaci. Momentami jest naprawdę zabawnie, kiedy opisuje trendy nie tylko mody, ale i postawy, na przykład wspomina o podziale na wyznawców egzystencjalizmu i komunizmu.
Towarzyszymy jej podczas newralgicznych momentów  młodości: pierwsze całowanie,
pierwszy mocny alkohol, pierwszy seks, pierwsza samotna podróż, pierwsze małżeństwo. Jest o niechcianej ciąży i tutaj pojawia się zgrzyt. Nie rozumiem zabiegu językowego, który pojawia się tylko w tym momencie.  Najpierw autorka opisuje wydarzenia z przeszłości i używa aspektu dokonanego, ale tylko przy temacie aborcji pojawia się aspekt niedokonany. Nie wiem czy autorce zabrakło odwagi, czy szczerości, chyba ani jednego z dwojga,  bo do aborcji przyznaje się w swojej pierwszej książce: Dziewczynka w czerwonym płaszczyku, tym bardziej nie rozumiem tego zabiegu. Może więc chodzi o pobudkę dla czytelnika, aby oderwał się na chwilę od autobiograficznych zapisków, a zastanowił się nad tym tak: co by było gdyby...? Stąd chyba nota na obwolucie okładki, że książka nie jest autobiografią, a opisuje wydarzenia oparte na autobiografii.

Z perspektywy przeczytanych książek, uważam, że w Droga Romo znajdują się  powtórzenia z wcześniejszych książek. Roma Ligocka rozbiera własną biografię po kawałku i opisuje. Jednak przy powstawianiu pierwszej książki, nie myślała chyba, że napisze kolejne. W ostatniej książce powtarza się miedzy innymi  o podróży do Izraela, czytałam o tym już wcześniej, w innej książce. A ta, najnowsza, nie jest obszerna. Przeczytałam ją w jedno popołudnie.  Duże marginesy po obu stronach kartki, węższe wstawki tekstu, w których obecna Roma polemizuje z Romą osiemnastoletnią. Bo książka jest niby rozmową w myślach z samą sobą. Są opisane wspomnienia, przeszłość, ale obok tego poznajemy jak tę przeszłość, własne wybory widzi dzisiaj. Czasem obecna Roma radzi tej młodej, innym razem przestrzega.
Wydanie w twardej oprawie, z pięknym zdjęciem młodziutkiej Romy na okładce. Wewnątrz również znajdziemy inne fotografie z tamtych lat. Natomiast szary papier nie współgra z porządną okładką.

Mam ambiwalentne odczucia, po raz pierwszy inaczej widzę jej pisarstwo, bo o ile pisała o Holokauście i traumie, dawała świadectwo; jak pisała o sobie, o tym jak odnalazła się w życiu, jak zmagała się ze wspomnieniami, szukała prawdy o swoim ojcu, również. Natomiast teraz? Trochę taka "na siłę" wydaje mi się ta książka. Nie widzę w niej głębi, ot, opowiedziany szał młodości. Brakowało mi morałów, które odnajdywałam wcześniej. Poza jednym, że młodość nie jest wolna od błędów. Ale o tym, chyba wszyscy wiemy?
Cisną mi się na usta jeszcze pytania: jak bardzo możemy eksponować własny życiorys? Czy każde wspomnienie jest na sprzedaż? Czy dzisiaj istnieje jeszcze takie zjawisko jak intymność?

 Roma Ligocka: "Droga Romo", Wydawnictwo Literackie, Wydanie I

środa, 5 listopada 2014

Mądrość Romy Ligockiej.

Naprawdę przerabiam ostatnio Ligocką. Połknęłam kolejne trzy jej książki: Znajoma z lustraKobieta w podróży, Tylko ja sama.
Zamówiłam też najnowszą książkę Droga Romo, której premiera odbędzie się 6 listopada ( to już jutro! Ja to mam szczęście!) i czekam na listonosza z niecierpliwością.
Porywająca jest szczerość pisarki. Podoba mi się jej wrażliwość i inteligencja oraz poczucie humoru.Jest dobrą obserwatorką, dlatego tak udane są jej felietony dla magazynu Pani.

Dwa cytaty na koniec, bo bardzo mi się podobają te zdania:


1."Sztuka niejednokrotnie bywa delikatną roślinką, która po prostu więdnie przy zmywaniu talerzy i możliwe, że nigdy więcej nie zakwitnie." str.94 Kobieta w podróży. Wydawnictwo Literackie.

2. "Powiadają, że starość nie chroni przed miłością, ale miłość chroni przed starością...". str.122 Tylko ja sama. Wydawnictwo Literackie

sobota, 25 października 2014

Hipnoza lemoniadą.



                                                                              źródło

Jestem zahipnotyzowana tą piosenką. Musicie ją poznać. Słucham całe popołudnie.

poniedziałek, 13 października 2014

Roma Ligocka:" Dobre dziecko".

źródło
Jest to poruszająca autobiograficzna opowieść Romy Ligockiej, która  doświadczyła Holocaustu jako dziecko. Jednak pokolenie rodziców autorki doświadczyło go w pełni, bo z całą świadomością, surowością, walką o przetrwanie. Mama Romy miała dwadzieścia osiem lat w chwili rozpoczęcia wojny, a trzydzieści pięć kiedy została wdową z siedmioletnią córeczką. Do tego straciła całą najbliższą rodzinę; jedyna siostra, która przeżyła Auschwitz, zmarła zaraz po wyzwoleniu na jej rękach na tyfus
Jednak to nie ta książkach opowiada o losach dziecka w getcie. Dobre dziecko opowiada o Romie dorastającej, dwunasto- trzynastolatce, które to lata jak pisze autora we wstępie, bardzo ją naznaczyły. Są to lata budowania własnej tożsamości, ale... i jej odkrywania. Jest to czas lęku o matkę, bo tylko ona została  Romie. Nie było już taty, dziadków,  nigdy nie miała rodzeństwa. Roma nastolatka miała w sobie lęk, niepewność, który zresztą towarzyszy jej przez całe późniejsze życie, jak pisze.. Z drugiej strony ogromną wolę przeżycia. Nieustającą gotowość do ucieczki. Ta ambiwalencja uczuć to takie piętno wojny.
Historia snuta jest oczyma dziewczynki a nie dorosłej kobiety. Z tej perspektywy świat dorosłych jest dosyć brutalny. Ale Roma widzi i rozumie więcej, jest bardzo wrażliwą istotą. Kocha matkę miłością zaborczą, ale nie potrafi miłości okazać. Potrafi za to się buntować. Nie jeść. Najpierw z przekory, a potem  bo nie może, bo nie jest w stanie niczego przełknąć. Matka na nią narzeka, często powtarza,  że jest niedobrym dzieckiem, które nie docenia matczynych starań "po takiej strasznej wojnie".

Historia dziewczynki staje się również mimochodem historią matki. Młodej, doświadczonej przez los kobiety, która musi sobie radzić  w życiu i która chciałaby być szczęśliwą. Jednak nie może nią być w ówczesnym Krakowie. Roma odkrywa pragnienie matki i jest o nie zazdrosna. Pilnuje matki w dwójnasób: najpierw ją szpieguje, a potem pilnuje, bo  przeczyta kiedyś podarty, niewysłane list matki, w którym ta pisze o samobójstwie.
Roma odtąd panicznie boi się o matkę i nieustannie jest na posterunku. Ma przeczucia. Słuszne przeczucia, jak się okazuje.
Dobre dziecko cierpi na anoreksję, tylko, że wtedy nikt tej choroby tak nie nazywał. I o tym też ta książka opowiada. O próbie jej siłowego wręcz okiełznania. I jeszcze o szkole lat pięćdziesiątych, dorastaniu, braku zrozumienia i samotności.
Opowieść jest przeplatana pamiętnikiem babci Romy od strony mamy, z roku 1929. Pewnego dnia mama Romy wyszperała go w antykwariacie, jedyny zeszyt własnej matki, która prowadziła pamiętnik przez całe życie. Jest to ulubiona lektura tamtej Romy. Pamiętnik jest pięknym dopowiedzeniem historii poprzez kontrast jakości życia bohaterów.

W książce znajdziemy zdjęcia pięknej, młodziutkiej Romy oraz jej mamy. Prócz zdjęć rodzinnych są jeszcze obrazy Romy, portrety smutnych postaci z dużymi oczyma. Książkę czyta się jednym tchem, najlepiej od deski do deski za jednym posiedzeniem. Przekaz momentami jest wstrząsający. Chyba dlatego, bo towarzyszy nam świadomość autentyczności przeżyć.
Gorąco polecam lekturę Dobrego dziecka, nie zdradzam tu wszystkiego, a odsyłam do książki. 

Roma Ligocka:" Dobre dziecko". Wydawnictwo Literackie 2012 r.

wtorek, 7 października 2014

Nowa Rzeczywistość po raz drugi.

                                                                           
                                                                                   


Już minął miesiąc z hakiem od kiedy trwa Nowa Rzeczywistość.
Pojawienia się dziecka daje wiele radości, masę energii.
Motywuje i mobilizuje do działania na różnych polach.

Maluszek daje popalić w nocy, nie chce się przystosować do ogólnie przyjętego przez ludzkość czasu spoczynku, ale takim Maleństwom wybacza się wszystko.
Przy karmieniu piersią spędzam długie godziny i podczas staram się podczytywać ile się da.
Różne książki i czasopisma. Aktualnie magazyn Książki, Słówka Boya oraz kryminał Agathy Christie
Może uda mi się napisać kilka recenzji i podzielę się nimi z Wami.
O mojej książce nie zapomniałam  i mam nadzieję dać radę!
Trzymajcie kciuki.

niedziela, 28 września 2014

Brigitte Bardot 80 urodziny!

Tak, tak, niewiarygodne, że Ona
                                                                     
źródło

kończy dzisiaj 80 lat.
Wszystkiego Najlepszego!
Pamiętamy o NIEJ, jej filmach i działaniach na rzecz zwierząt.

Z tej okazji chcę przytoczyć kilka fragmentów z jej Pamiętnika B.B.

" Moja wola jest z żelaza, moje lenistwo ze stali. Toteż wiecznie miotałam się między jednym a drugim, jednak w ostatniej rundzie zawsze zwyciężała wola." str.114

" Nie będzie w tym nic nowego, jeśli powiem, że uwielbiam zwierzęta, a szczególnie psy. Miłość ta wciąż rosła przez wszystkie lata mojego życia. Zdałam sobie sprawę, że pies nigdy nie zdradza, kocha bez względu na okoliczności, jest wierny i zawsze u twego boku, w najgorszych momentach. Pies pozostawia tylko dobre wspomnienia, można liczyć na jego czułość, uczucie, obecność. Pies się nie dąsa, wita cię radośnie, nie chowa urazy." str.167

" Namiętności są krótkotrwałe, przelotne,ogarniają wszytko ogniem destrukcyjnego szaleństwa i nie zostawiają za sobą niczego oprócz goryczy i spustoszenia." str. 500

"-Najpiękniejszy dzień w pani życiu?
-To była noc." str.430

"Kochanie się jest przyjemnoscią!
To całkowite oddanie się, dzielenie zmysłów, fantazmów, serca, umysł. To chwila, która musi być wieczna, to szczęście w stanie czystym, czułość bez wstydu. To spełnienie, totalne połączenie, całkowite odprężenie." str.256

" Uważam, że związane ze śmiercią doświadczenia, jakie życie każe nam znosić, są oburzające i okropne- nie do przyjęcia! Nieważne czyja to śmierć, śmierć zwierzęcia czy śmierć człowieka, przez całe życie walczyłam z  n i ą, zmobilizowałam cały zasób energii, żeby "ją" oddalić, wydrzeć godziny, dni czy minuty fatalnemu i nieuchronnemu terminowi.
Nienawidzę śmierci, budzi we mnie odrazę, przeraża mnie, jest bezwzględną wielką wygrywającą. Nie ma sposobu, żeby przed nią umknąć.
Niektórzy, uważający się za nieśmiertelnych, powinni o tym pomyśleć." str.444

sobota, 16 sierpnia 2014

Maria Ziółkowska:"Gawędy o drzewach."

                                   źródło grafiki
Przeczytałam arcyciekawą książkę.
Popularnonaukową. Można  się z niej wiele dowiedzieć o czterdziestu trzech gatunkach drzew. Pani Ziółkowska opowiada o drzewach występujących w Polsce, ale nie wszystkie były tu od zawsze. Przytacza więc ich wędrówkę i okres historyczny w którym się zadomowiły. Książka nie nuży, gdyż właściwie zostało wyważone to co naukowe z tym co kulturowe. Mamy więc charakterystykę każdego gatunku, trochę historii, biologii -gdyż prawie każdy gatunek posiada jakiegoś antagonistę- szkodnika; uwagi o zastosowaniu w stolarstwie. Jednak najciekawsze dla mnie są tropy kulturowe związane z poszczególnymi drzewami. Wiele z nich było uznawanych za drzewa magiczne, jak choćby dąb, który kiedyś nazywano dąbr (od dąbrowy), czy np. czarny bez, który miał złą sławę.Wierzenia i praktyki ludowe na przestrzeni wieków były przeróżne i niektóre dzisiaj budzą śmieszność, inne grozę, ale są szalenie interesujące. Wiele drzew posiada właściwości lecznicze, więc jest trochę o medycynie ludowej- a to o naparze z ich kory, a to z liści- i tu podziw dla minionych pokoleń za ich mądrość.
W książce jest trochę językoznawstwa. Można poczytać o tym skąd się wzięły dane nazwy drzew, jak ewoluowały. Czy wiecie, że polska nazwa akacji to grochodrzew? A właściwa nazwa bzu to lilak?
Pisze o różnej, a czasem fatalnej polityce wyrębu poszczególnych gatunków drzew z powodu drewna, czy sadzenia szybko rosnących świerków zamiast, co okazało się fatalne w skutkach.
Przy wielu drzewach podaje horoskop dla ludzi urodzonych  pod patronatem poszczególnych drzew.
W książce mnoży się wprost od ciekawostek.
Książka jest napisana piękną i przystępna polszczyzną. Polecam.

A na deser Ziółkowska podaje przepis z XVI wieku na mleczko kosmetyczne do demakijażu przy opisie Brzoskwini . Przepis pierwotnie pochodzi z "Dworzanina" Baldassare Cortegiano. Podaję za Ziółkowską, ale nie cytuję, gdyż użyję języka współczesnego- trawestując:
Wlać do garnka 3 kwaterki mleka, 1 kwaterkę wody destylowanej, dodać 60 gramów olejku migdałowego i postawić na wolnym ogniu.Gdy całość zawrze, zdjąć z ognia, dodać do niej sporej wielkości brzoskwinie obrane i drobno pokrojone, i ponownie postawić na ogniu. Mieszać aż całosc będzie kleista, następnie przetrzeć przez sito lub gęste płótno i otrzymaną miksturą przemywać twarz. Podobno od tego przepisu wzięło sie powiedzenie "brzoskwiniowa cera". (str.29)

Maria Ziółkowska:" Gawędy o drzewach." Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1988r.

środa, 30 lipca 2014



  Nie każdy rok, a każdy dzień życia jest jak prezent.

                                                                             Laura Bellini


środa, 16 lipca 2014

"Trędowata". Film z 1976 roku w reżyserii J.Hoffmana.

W końcu obiecany post o Trędowatej, ale tym razem nie o książce, a filmie. Trędowata była trzykrotnie ekranizowana, lecz ja skupię się na ostatniej wersji z 1976 roku w reżyserii Jerzego Hoffmana.

Nie przypadkiem dzisiejszy wpis przyporządkowałam również  do kącika muzycznego, bo jest to jeden z najbardziej muzycznych filmów w Polsce.
Od początku do końca motywem przewodnim prócz miłości Stefci Rudeckiej i Waldemara Michorowskiego jest muzyka. Wojciech Kilar napisał cudowny, wręcz oniryczny walc do tego filmu. Jego nuty niosą w sobie marzenia, bajkowy świat. Jest przepiękny. Nie jest on tylko wizytówką filmu, ale stanowi jego integralną część. Posłuchajmy.

                                                                          źródło

W filmie odnajdujemy drugi motyw muzyczny, bardzo smutną piosenkę Melancholie, który własnie w takich momentach pojawia się jako podkład muzyczny. Bez słów. Natomiast ja pragnę Wam przypomnieć tę piosenkę w wykonaniu naszej wspaniałej divy Violetty Villas. Szkoda, że taki głos, człowiek odszedł od nas. Na szczęście zostały nagrania, więc możemy posłuchać.

                                                                                                                źródło                                                                                                                            
Trędowata to film, który po kawałku możemy muzycznie rozbierać.Sama bohaterka dużo śpiewa i gra na fortepianie, wszak pracuje jako guwernantka. W tej roli śliczna i delikatna Elżbieta Starostecka, która dla potrzeb filmu nagrała i zaśpiewała piosenkę Precz z moich oczu do słów Adama Mickiewicza.

                                                                                źródło

Chciałabym pozostałych aktorów ocalić od zapomnienia. Uważam, że obsada filmu była doborowa. Przytoczę tylko niektóre nazwiska- sama śmietanka: Jadwiga Barańska, Gabriela Kownacka (wybitna w tej roli), Anna Dymna, Leszek Teleszyński, Piotr Fronczewski , Mariusz Dmochowski, Czesław Wołłejko i inni.

Jest to klasyk. Pod tym linkiem można zobaczyć cały film.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Koniec mundialu i wakacyjna szkoła pisania.

Dobrze, że mundial  już się skończył. Późne godziny transmisji z Brazylii dały mi we znaki. Wam pewnie też albo byliście mądrzejsi ode mnie i nie śledzili po nocach rozgrywek. Co prawda wszystkich meczy nie widziałam, ale wiele spośród nich bądź skróty, bądź studio piłkarskie i komentarze. Sporo czasu  i wydajności zabrał ten mundial. Jak zarwę kilka nocy z rzędu to później moje spanie jest całkowicie rozregulowane, co kończy się chronicznym niewyspaniem, przymuleniem w ciągu dnia. Ale teraz już po wszystkim. Nie muszę włączać pudła. Nie muszę nic oglądać (z wyjątkiem filmów z Brigitte). Mam nadzieję, że przekuje się to na większą ilość słów wydalanych przeze mnie i umieszczanych na tym blogu.
Tak, nadal chce mi się pisać. Może jestem ciut przygnębiona remontami spowodowanymi przygotowaniami do przyjścia nowego potomka i przez nie z grubsza ograniczona, ale chęci do pisania tlą się nadal.

Nie wiem ilu z Was Drodzy Bywalcy tegoż bloga czyta Gazetę Wyborczą, zwłaszcza sobotnią z dodatkiem Wysokich Obcasów- bo jeśli przynajmniej poniektórzy, to pewnie zdajecie sobie sprawę o czym chcę poinformować. Mianowicie o WAKACYJNEJ SZKOLE PISANIA. Jak nazwa wskazuje jest to wakacyjny cykl porad udzielanych przez bardziej lub mniej znanych pisarzy dotyczących sztuki pisania. Są to porady bardzo indywidualne, niektóre z przymrużeniem oka, dowcipne i prowokacyjne. Pierwszej lekcji udzielił Janusz Rudnicki w numerze z piątego lipca. W ostatnich WO rady dawała Sylwia Chutnik, natomiast za tydzień ma to być Tomasz Piątek. Cykl wiąże się z konkursem, którego finał nastąpi piętnastego listopada. Prace o swoim życiu, nie dłuższe niż piętnaście tys. znaków należy przesyłać do końca września. Szczegóły na stronie WO.
Jestem cyklem zachwycona, bo co tydzień mogę poczytać o czymś co mnie żywo interesuje! Własny tekst mam w połowie gotowy, więc zamierzam go dokończyć i wystartować w tym konkursie. Zachęcam pozostałych zainteresowaych. Pomimo wakacyjnej aury nie przegapcie takiej szansy! Byłoby szkoda.


czwartek, 10 lipca 2014

TVP 1.Filmy z Brigitte Bardot.

Zauważyliście w ramówce TVP1 wakacyjny cykl filmów z Brigitte Bardot? Chyba w TVP dostrzegli, że gwiazda skończy we wrześniu 80 lat!

Filmy są wyświetlane w okolicach weekendu. Mundial burzy cykliczność, bo np. dzisiaj w nocy o godz.1.35 będzie wyświetlany film, o którym pisałam tutaj "I Bóg stworzył kobietę"z  1956 r. Z tego co się dowiedziałam  dwa tygodnie temu w piątek był wyświetlany film pt.: "Królowe dzikiego zachodu". No, ale dzisiaj mamy czwartek, tylko ta pora zabójcza, żeby film zaczynał się przynajmniej o godz. 23, to by człowiek dotrzymał, a tak to trzeba chyba kręcić budzik. Będziecie oglądać razem ze mną?
Przepraszam, że tak późno daję cynk.


wtorek, 17 czerwca 2014

Helena Mniszkówna: " Trędowata". Dać sprawiedliwy osąd.

źródło
Przeczyłam Trędowatą- klasykę i perłę polskiego melodramatu. Przeczytałam, choć wcześniej dane mi było poznać film  Jerzego Hoffmana z 1976 roku pod tym samym tytułem.
I nie przeszkadzało mi to w odbiorze książki, przeciwnie, od razu mogłam zdać sobie sprawę z kunsztu adaptacji powieści i doboru znakomitej obsady aktorskiej.
BARDZO LUBIĘ ten film.
Trędowata została wydana w 1911 roku.
Postanowiłam przeczytać Trędowatą nie tylko dlatego, że wypada (choć przyznaję, już dawno chciałam po nią sięgnąć), ale dlatego, że zapragnęłam wyrobić sobie własne zdanie na jej temat. Spróbować uczciwie ocenić książkę, która to obśmiała Magdalena Samozwaniec w Marii i Magdalenie oraz napisała pastisz tej książki: Na ustach grzechu.
Samozwaniec  zarzucała Mniszkównie grafomanię, choć książka była sukcesem wydawniczym i przyniosła sławę autorce.
Hm, słownik języka polskiego przytacza taką oto definicję grafomanii.
Słownik języka polskiego PWN:
  • 1. «pisanie utworów literackich przez osoby pozbawione talentu»
    2. «bezwartościowe utwory literackie
    • grafomański • grafoman • grafomanka
  •                                            ***
Przytaczam definicję celowo, aby ściśle  odnieść się do zarzutu.

Powieść nie jest równa. Początek ma kiepski i to był moment kiedy zwątpiłam czy doczytam książkę. Pierwsze dialogi późniejszych zakochanych tak nierzeczywiste, że aż śmieszne. Szczęśliwie po pierwszych taktach przywykamy do tego języka, a fabuła zaczyna się rozwijać.

W książce znajduje się wiele opisów przyrody, zwłaszcza kwiatów i porównań głównej bohaterki właśnie do nich. Nie brakuje też opisów koni, ich siły, urody, mocy i potęgi  oraz władzy sprawowanej nad nimi przez głównego bohatera- Waldemara Michorowskiego (  to  w odniesieniu do niego). I tu naprawdę częste opisy. Są również opisy wyścigów  konnych, polowań i to dość brutalne.

Stale stykamy się ze słowami: sfera, rasa, gatunek ludzi. I razi to dzisiaj, ale wtedy, nie tak długo przed wojną w końcu, książka, odbija nastroje społeczne moim zdaniem.
Fabuła wciąga, rodzi się ciekawość co z Barskimi; są naprawdę dobre dialogi utarczek słownych hrabiego Barskiego- reprezentanta wyższej sfery  z Waldemarem- panem ordynatem Głębowicz. Czytelnik zaczyna kibicować Stefci, aby została zaakceptowana przez sferę, a Waldemarowi, by zdołał przekonać najpierw rodzinę, a później całą skostniałą wyższą sferę do swego pomysłu- poślubienia nauczycielki tylko ze "szlacheckiej" rodziny Rudeckich, jak to było podkreślane przez klan.

Trędowata to melodramat, nie zdradzę więc niczego zaskakującego, jeżeli dodam, że książka kończy się tragicznie, I nad tym zakończeniem uroniłam łzę. Co bardzo dawno mi się nie zdarzyło, i zdecydowanie przemawia  za wartością książki.
Rytm powieści nie jest równy, ale momentami naprawdę porywa, musimy czytać dalej, by przekonać się co będzie potem, sprawdzić w jaki sposób i czy zakochani przezwyciężą przeciwności losu .
Język powieści wydaje się z początku archaiczny, ale jak wspominałam, po chwili się przyzwyczajamy i fabuła staje się ważniejsza.

Po jednej przeczytanej książce trudno przesądzać o pisarstwie Mniszkówny, choć Trędowata na stałe przecież wpisała się w kanon literatury polskiej i filmografii.W domu mam jeszcze jedną książkę autorstwa Mniszkówny Verte i chyba ją przeczytam, aby przekonać się czy Mniszkówna to ostatecznie grafomanka czy też nie.
Cz Trędowata to " bezwartościowy utwór literacki"? Na pewno nie. Wiele emocji towarzyszy podczas czytania. I temat świetny na melodramat. Może ograny i wiele było takich historii wtenczas; Samozwaniec napisała, że taką nieszczęśliwą miłość  i niezrozumienie przeszła sama Mniszkówna i w tamtej epoce większość o tym wiedziała, i plotkowała na jej temat. Może więc napisanie Trędowatej  było pewnego rodzaju terapią dla pisarki? 

Na koniec wybrane cytaty:
Początek pierwszego dialogu:
"-Dzień dobry pani!Co pani tu robi tak rano? Gdzie pani zdobyła tyle kwiatów? Pośród tych drzew jest pani jak rusałka.
- Toteż spotkałam wilkołaka- odparła z gniewem bez namysłu.
On podniósł brwi i złośliwie uśmiechnięty odrzekł:
-Owszem, chcę być wilkołakiem przy pani jako rusałce."
str.13
Niektóre bardzo zabawne, jak ten:
"(...) Jak tylko Waldy przyjechał, fryzowała włosy i pudrowała się, aż na suknię puder opadał. Waldy ją ogromnie wyśmiewał. Razu jednego na obiad przyszła upudrowana niemożliwie i opowiadała, że zwiedzałyśmy młyn turbinowy. Waldy, wówczas czegoś zły, rzekł bez wahania: Znać to na pani.-Dlaczego?-spytała.- Bo pani cała w mące."
str.18
Przykładowy komplement Waldemara:
"- Pani jest niesłychanie do twarzy w koralach. Wyglądają apatycznie, jak dojrzałe wiśnie. Gdybym był wróblem, nie odpędziłaby mnie pani od siebie, objadłbym wszystkie. Tymczasem tylko ślinkę łykam."
str.24
O wyższej sferze:
"Jednak w tej uprzywilejowanej rasie jest jakiś urok nieuchwytny, działający na wytworne natury. Stefcia pomyślała, że powodem tego może być majestat ich wiekowego możnowładztwa. Choć nie widać na nich znaków podnioślejszych ani bujnych polotów, jednak otacza ich jakiś urok piękna zewnętrznego, są oni w społeczeństwie jakby dekoracją."
str.60
Emocje i uczucia:
"Stefcia doznała jakby uderzenia w serce. Bliskość Waldemara działała na nią potężnie. On był widocznie poruszony. Krew węgierska, której miał w sobie trochę, zagrała w nim, nozdrza zaczęły latać, oczy zabłysły ogniem. Milczeli oboje. On myślał: Co się ze mną dzieje? Mniejszego doznawałem wrażenia w dżungli, gdym czatował na lwy. Co ta dziewczyna ma w sobie?..."
str.152

"- Pani mnie nie rozumie. Ja mówię o partii i sferze.
- Więc osobista wartość człowieka nic nie znaczy, tylko pieniądze i sfera?...O, moja Luciu! Taka jeszcze jesteś młoda, a już masz spaczone pojęcia.
- Nie spaczone, tylko nasze- odrzekła Lucia z dąsem.
- Winszuję. Jeśli już teraz tak myślisz, co będzie potem?
-Nigdy więcej nie popełnię takiego głupstwa, żeby zakochać w człowieku z nie z naszej sfery.
- O tak, powinnaś sobie tego raz na zawsze zabronić, bo takie głupstwa często źle się kończą."
str.170

Już wkrótce zapraszam na wpis o filmie.

Helena Mniszkówna: "Trędowata", wyd. Edipresse Polska. Powyższe cytaty pochodzą z tego wydania.

                                                                                                 
                                                                                   
SMS O TREŚCI: T12148
NA NUMER: 7122
                                                    

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Mundial.

Puk? Puk?
Jest tam kto?
Czy wszyscy siedzą przed ekranami telewizorów i śledzą mundial?
Ja też staram się śledzić mecze bądź tylko ich wyniki, gdyż bardzo lubię piłkę nożną.
Ten mundial jak na razie jest obfity w strzelone gole oraz kontrowersyjne decyzje sędziowskie.
Dzisiejszy hit: Niemcy- Portugalia jak dla mnie był rozczarowujący pod wieloma względami. Fatalny sędzia, niezgrana Portugalia, niewyrównana walka. O ile ciekawsze są mecze, których media aż tak nie nagłaśniają, a które od pierwszego gwizdka przez dziewięćdziesiąt minut są porywające, zaskakujące, jak np. Kostaryka - Urugwaj z wynikiem 3:1?
Czekam na piątkowy mecz, którego jestem bardzo ciekawa, a mianowicie: Włochy- Kostaryka. Obydwie drużyny lubię. Pierwszych od dawna, a to głównie za geniusz gry Andrea Pirlo i inteligencję wypisaną na jego twarzy, a drugi zespół od ostatniego meczu za serce do walki i energię płynącą od zespołu.
Macie swoich  mundialowych faworytów?

Co u Was słychać? Czy cieszycie się latem i pogodą?
Dawno mnie tutaj nie było. Moje wcześniejsze zapowiedzi cotygodniowych wpisów stały się fiaskiem. Myślałam o nich i o blogu, ale ogarnęła mnie niemoc i zwątpienie. Też tak macie?
Muszę jakoś przełamać ten impas i wziąć się w garść.
Zapraszam na jutrzejszy wpis o bardzo znanej książce...


środa, 14 maja 2014

Tatuaże.

Wolę mieć obrazy na ścianie niż na ciele.
Tatuaże. Bywały momenty w przeszłości, kiedy przez chwilę się nad nimi zastanawiałam. Bardziej niż motyw do wytatuowania, znałam miejsca na ciele, które mogłyby pójść pod igłę. Przez chwilę podobał mi się tatuaż na udzie, coś w stylu Cheryl Cole, który zaprezentowała w piosence: "Call My Name".
źródło zdjęcia
Jednak taki tatuaż wymaga nienagannych nóg, pozbawionych  cellulitu, rozstępów, zawsze umięśnionych. A czy takie będę posiadać zawsze? Nie mogę ręczyć.
Właściwie wzory tatuaży zawsze wydawały mi się zbyt pospolitymi. Istnieje ryzyko, że po czasie dany tatuaż może się znudzić, obrzydnąć na amen. Pewnie zwolennicy zaatakują mnie argumentami o dokonywaniu życiowych wyborów, w różnych dziedzinach. Zawsze istnieje ryzyko, że będziemy żałować, ale na tym polega życie. Na podejmowaniu decyzji i mierzeniu się z nimi. Zgadzam się.
Wiem, że dla niektórych tatuaże mają magiczną moc. Czasem są manifestem. Każdy tatuaż ma swoją historię. Absolutnie nie mam nic do tatuaży, ani do ich miłośników. Zastanawiam się po prostu publicznie, jak to jest ze mną? Nie potrafiłabym się zdecydować, a to właśnie poprzez motyw, a raczej nie możność osiągnięcia ideału. Tak wiele dzieł sztuki mi się podoba, obrazów mistrzów. Jeśli nie mogę mieć oryginału obrazu Krzyk Muncha, jaki jest sens się tatuować?
A może już wyrosłam z buntu prezentowanego jako zaprzeczanie naturalności, a polegającemu na  podkreślaniu inności poprzez udziwnianie stroju, fryzury, makijażu?
                                                                      ***
Takie dziewczyny  będą ewenementem. A raczej już są. Dzisiaj manifestem inności jest naturalność, która jest gatunkiem zagrożonym. Naturalny kolor włosów i skóry, piegi, zmarszczki nie tylko mimiczne, ale i te najmniejsze. Paznokcie, a nie tipsy, naturalne brwi, a nie wydepilowane i narysowane kreski zamiast. Prostota, delikatność w wyrazie, a nie kontestacja: jaskrawe włosy, tatuaże, kolczyki w każdej części ciała, strój- przebranie, makijaż -zasłona.
                                                                                     
Wygrana walka z piegami
źródło zdjęcia
                       
Takie oto dziewczyny zawsze będą piękne i pozostaną oryginalne. Naturalności nie da się podrobić. Zniszczyć ją jest łatwo, trudniej już odzyskać.

źródło zdjęcia
Ciśnie mi się na usta cytat z piosenki Andrzeja Sikorowskiego: "Znaków szczególnych brak",
 a mianowicie:
"Ona nie nosi tatuaży,
i w szarym tłumie ginie co dnia 
lecz jeden uśmiech na jej twarzy 
                to dla mnie lampa i pochodnia."                        

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Dzień, którego nie znamy.

                                                                                    

Zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym jak spędza się nieznany nam przecież - dzień swojej śmierci?
Bez względu na to jak długie jest nasze życie, każdego roku, w którymś z miesięcy pada ta data. My zupełnie jej nieświadomi, ciekawe jak spędzamy ten dzień np. po raz: 89, 50, 77 i.t.d? Czy ten dzień bywał dla nas ważny, dobry; a może pechowy, zwyczajny, nudnawy?
To dobrze, że go nie znamy. W odróżnieniu od dnia urodzin, który celebrujemy w większym bądź mniejszym stopniu, ale spotykamy się z życzeniami i ogólną życzliwością; dzień śmierci pozostaje anonimowy, tajemniczy.
Skąd te przemyślenia?
Kilka lat temu  uderzyła mnie forma zapisu w Bibliotece Śląskiej, kiedy to w katalogu szukałam książek mojego promotora na studiach, a wiec osoby mi znanej i jak najbardziej żyjącej. A tam przy jego nazwisku była data urodzenia z myślnikiem, wyglądało to tak: 1954 -...... To było dla mnie powalające. Każdy jest śmiertelny, ale sam ten zapis  sprawił, że czułam się jakbym patrzyła na grobowiec. Ta forma zapisu,  zachłanny myślnik oczekujący na wpisanie drugiej daty, a więc czekający na śmierć. To było do dla mnie wstrząsające, bo miałam przed oczyma człowieka uśmiechniętego i życzliwego, a dotarło do mnie, że za ileś tam lat luka w rubryce, pt.: metryka, zostanie nieuchronnie uzupełniona.

Analogiczna forma zapisu istniała na początku działalności Wikipedii. Również występowała data urodzenia z myślnikiem, a  dopiero pod spodem kolejne kategorie, jak: narodowość, język, etc. 
Najwidoczniej innym też to refleksyjnie rzucało się w oczy i przeszkadzało, więc zmieniono formę zapisu  na datę urodzenia po dwukropku i bez  pazernego myślnika. Później powstała rubryka: lata aktywności w przypadku osób nadal czynnych i jak najbardziej żyjących.
Nasze istnienie to tylko odcinek czasu, zamknięty klamrą w ciągu całej rzeczywistości, poprzez dwie pary liczb. "Odcinek czasu"- a tak naprawdę całe nasze życie.

Zdumiewa mnie pragmatyzm życiowy niektórych osób, (wynikający z chęci ulżenia dzieciom w związku z porodzcielskimi kosztami pogrzebowymi), którzy kiedy jedno z małżonków umiera, wystawia pomnik, i od razu graweruje na nim również własne imię i nazwisko oraz datę urodzenia. Pozostaje tylko dopisanie przez dzieci daty śmierci. Takie pomniki mnie straszą, a co dopiero czują  te dzieci przychodząc na grób jednego z  ś.p. rodzica, a widzące na nim również tego drugiego? Za każdym razem zderzają się z nieuchronną perspektywą śmierci i faktem , że tego drugiego rodzica również kiedyś zabraknie. Przecież to budzi lęk. 

środa, 23 kwietnia 2014

O Tove Jansson z książki: "W Dolinie Muminków".

Chcę się podzielić z Wami jednym cytatem z książki " W Dolinie Muminków" o Tatusiu Muminka, który jak się okazuje jest alter- ego Tove Jansson.

"W pokoju obok siedział Tatuś Muminka zajęty pisaniem pamiętnika. Od czasu gdy zbudował pomost dla "Przygody",  nie zdarzyło się nic ciekawego, co mógłby opisać, wobec czego wrócił do opisywania wspomnień z czasów swej młodości. Wspomnienia te wzruszyły go tak bardzo, że zebrało mu się na płacz. Był zawsze niezwykłym i zdolnym dzieckiem, na którym nikt się nie poznał. Gdy dorósł, w dalszym ciągu nikt go nie rozumiał i życie jego było pod każdym względem tragiczne."

Biedna Tove.

Tove Jansson: "W Dolinie Muminków", Nasza Kisęgarnia W-wa 1964r., str.132-133

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wesołych Świąt!


Radosnych, spokojnych, zdrowych Świąt Wielkanocnych
oraz
mokrego dyngusa, no i iście wiosennej aury
w odróżnieniu od ubiegłorocznej zimowej
scenerii
życzę Wam  i Waszym Bliskim
-Laura Bellini
                    
Ubiegłoroczna Wielkanoc w zamieci śnieżnej. Widok z okna moich rodziców.
Przypomnę, że był to 31 marzec.



piątek, 11 kwietnia 2014

Fajny, nowy blog!

Na wprost mojego balkonu w sypialni wyrasta drzewo o nieustalonej jeszcze przeze mnie tożsamości. Drzewo jest dosyć wybujałe i ma oryginalne listki, które co prawda dopiero są pączkami. Na to drzewo od około miesiąca sprowadził się ptaszek średniej wielkości, szary, z nakrapianymi białymi plamami i pomarańczowym dziobem. Ów ptaszek budzi mnie swoim niewiarygodnie donośnym śpiewem. Dzisiaj pobudka nastąpiła o 5.20. Jego świerkanie jest tak głośne, że budzi mnie pomimo zamkniętego okna. Wiem dlaczego ptakom chce się najgłośniej śpiewać o świcie, bo wstaje słońce i  one się z tego cieszą.
Pewnego razu w sobotę ptaszek usiadł na poręczy mojego balkonu, 20 centymetrów od szyby, chciałam zrobić mu zdjęcie i zawołałam męża by podszedł zobaczyć. Oczywiście, gdy mój luby się zbliżył, ptaszek sfrunął. Nie mam jego fotki, stale go słyszymy, zdecydowanie  rzadziej widujemy. W ciągu dnia przy otwartym oknie wpada mi jego muzyka do mieszkania i nie potrzebuję już innych melodii.

To gwoli wstępu i tego co u mnie słychać. Książkę się pisze. A ten post stworzyłam, by podzielić się z Wami fajnym, nowym blogiem. Blog funkcjonuje od stycznia tego roku i jest blogiem artystycznym!
Zapewne wielu z Was odwiedza galerie i lubi to robić, ale które z Was było w naturalnej galerii, w przestrzeni otwartej, w której skupia się przyroda i tętni leśne życie?
Taką galerią jest red cube Marii Cichoń- http://mariacichonredcube.blogspot.com/. Jest to projekt artystyczny, który zmienia się wraz z upływem czasu, pór roku. Obserwujemy czerwony sześcian podczas zimy, nadchodzącej wiosny. Zauważamy grę światła na jego ścianach o linearnej strukturze, podglądamy jak wtapia się w las. Pająki próbują  na nim utkać pajęczynę i się zadomowić. Igły sosny wpadają na jego ściany misternie utkane z czerwonej wełny. To pierwsza galeria utworzona w głębokim lesie, którą mogą oglądać nie tylko ludzie, ale i zwierzęta! A bywają właśnie pod czerwonym sześcianem, bo odnaleźliśmy ślady. Interesująco byłoby ująć zaskoczone miny grzybiarzy, którzy przypadkiem natrafią na sześcian jesienią. Projekt jest cały czas rozwojowy, miło patrzeć na to jak ta galeria się zmienia, choćby tło czerwonego sześcianu, które robi się coraz bardziej zielone, intensywne.
Na blogu prócz zdjęć ponoć mają pojawić się również filmiki. Czekam z niecierpliwością, a Wam już dzisiaj polecam galerię red cube.
                                                                             
Zdjęcie mojego autorstwa, lekko prześwietlone, ale zrobione w samo południe.


piątek, 4 kwietnia 2014

Ubiegły miesiąc w moim obiektywie.

Wrzucam kilka zdjęć z marca, który zaskoczył nas ciepłą i suchą wiosną.

Tytuł zdjęcia: Kot na łowach. Z samego rana. Bardzo lubię koty.
Jadło się własnoręcznie upieczone pyszności.

Było kwitnąco.

Zachód słońca- wygląda  jak różowa mgiełka nad lasem.
Chadzało się różnymi ścieżkami

Bywało w lesie.

Było się na prostej drodze.

Jemioła już się zazieleniła. Widok z mojego okna prezentowany już wcześniej.

A jaki był wasz marzec i pierwszy dzień wiosny?

niedziela, 30 marca 2014

Józef Hen: " Dziennik na nowy wiek".

źródło
Przez miłość do Boya trafiłam na Hena. Rzecz jasna za sprawą jego znakomitej biografii o Tadeuszu Boyu- Żeleńskim: Błazen- wielki mąż, którą przeczytałam jednym tchem i do której lubię wracać. I tak jak przez lata kompletowałam sobie książki Boya, tak zaczęłam kompletować książki Józefa Hena. Autor  ubiegłej jesieni skończył 90 lat. Piękny jubileusz! Imponuje mi jego aktywność, pamięć, dorobek i oczytanie. Nie poznałam jeszcze wszystkich jego książek, ale kolejne czekają w kolejce.
Dzisiaj piszę o najnowszym moim nabytku: Dzienniku na nowy wiek. Jak sam tytuł wskazuje jest to dziennik, rodzaj pamiętnika, w którym prócz licznych wspomnień są arcyciekawe komentarze, refleksje autora na wiele aktualnych tematów, np. sytuacji politycznej w kraju, zamachu na World Trade Center, syt. na Bliskim Wschodzie, szereg dyskusji na temat antysemityzmu w Polsce wynikłej po publikacji książki Jana Grosa: Jedwabne i wiele innych.
Hen ma własne zdanie, ale nigdy nie jest ona nachalne, nigdzie nie odnajdziemy krzty fanatyzmu, zacietrzewienia w jego poglądach. Są wyważone, co nie znaczy, że zimne - ale czytelne i przekonywujące. Czytając dziennik wielokrotnie utożsamiałam się z przedstawianymi przez Hena poglądami, uwagami.
Pisarz wiele uwagi poświęca kolegom literatom, krytykom. Wspomina stolik z kawiarni "Czytelnika" przy którym spotykali się niegdysiejsi wielcy, tacy jak: Holoubek, Bereza, Konwicki, Kutz, Głowacki i inni.
Jest trochę o warsztacie pracy pisarza i naturalnie o książkach powstałych i wydanych w latach prowadzenia dziennika ( 2000-2007). Dla osób parających się piórem jest to szczególnie zajmujące.
Józef Hen by pisać dosyć często odwiedza Konstancin, Obory- domy pracy twórczej, gdzie w spokoju może czynić zapiski oraz spotyka się z przyjaciółmi, np. Tadeuszem Różewiczem, przytacza ich rozmowy. (Moja mała dygresja; sama chciałabym odwiedzić taki dom pracy twórczej, może wtedy to moje pisanie jakoś by ruszyło z kopyta. Ciekawe jak taki naturszczyk jak ja mógłby się tam dostać? Czy tylko Wielcy i Zasłużeni mają do tego prawo?)
W dzienniku jest wiele pikantnych szczegółów a to o nominacjach do Nike i werdyktów, a to wiele polemiki z recenzjami lub o ich braku. Odnajdziemy wiele o stosunkach wzajemnych pisarzy względem siebie i relacje z przeprowadzonych wywiadów, spotkań autorskich. Hen ma lekkie pióro i zdolność przedstawiania klarownie własnych myśli. Zapiski, w takiej formie jakiej występują idealnie nadają się na blogowe wpisy. I takowe przypominają. Polecam!

Józef Hen: "Dziennik na nowy wiek", Wydawnictwo W.A.B., Wydanie I, W-wa 2010r.

środa, 26 marca 2014

Uwagi

Kochani, wiem, że jedno wyznanie wymaga uściślenia. Ponieważ entuzjastycznie pochwaliłam się Wam, że piszę   (w notce z 20 marca ), chciałabym sprostować, że blogowi czytelnicy mogą liczyć na wpisy cotygodniowe. Ponieważ ten blog jest równie dla mnie ważny, nie chcę go tak zapuszczać, dlatego solennie obiecałam sobie moją obecność tutaj raz w tygodniu.
Książka się pisze. Mam nadzieję, że mi kibicujecie.
A tymczasem cieszcie się wiosną i czytajcie książki. Tylko nie zapomnijcie o mnie!

piątek, 21 marca 2014

Zawsze, kiedy zaczyna się wiosna...

Nieodmiennie, zawsze kiedy zaczyna się wiosna w mojej  głowie słyszę tę melodię.



Łagodny wzrok, ściszony głos,
leciutki uśmiech w kątach ust,

to dobry portret – na mój gust,

oto ktoś, z kim twój wiążesz los...



On
marzenia twoje zgadł
i życie twe, twój świat
ujrzałaś na różowo...

On
cię objął pierwszy raz
i nadał nowy blask
miłości wszystkim słowom...

On,
twych snów nieśmiały gość,
w twym sercu zbudził coś,
co czujesz wciąż na nowo...

On z tobą, dla niego ty
oto wzór,
pod serca wtór,
wzór na szczęśliwe życie...

Bo,
gdy on twą miłość ma,
pod jego serca rytm
twe serce gra...

Choć szczęście to przelotny ptak,
wiosenny śnieg, jesienny liść,
nie myślisz o tym, pragniesz dziś
z nim jednym być, znać szczęścia smak...

On
marzenia twoje zgadł
i życie twe, twój świat
ujrzałaś na różowo...

On
cię objął pierwszy raz
i nadał nowy blask
miłości wszystkim słowom...

On,
twych snów nieśmiały gość,
w twym sercu zbudził coś,
co czujesz wciąż na nowo...

On z tobą, dla niego ty
oto wzór,
pod serca wtór,
wzór na szczęśliwe życie...

Bo,
gdy on twą miłość ma,
pod jego serca rytm
twe serce gra...


Żadna inna piosenka nie oddaje tak nastroju wiosennego poranka, kiedy to już całkiem ciepłe promienie słoneczne przedzierają się przez szyby okien i budzą do życia, wśród ptasich trelów- jak właśnie ta. Te pierwsze nuty są jak promienie, imitują leniwe budzenie i radość z tego płynącą.

Oczywiście piosenka pochodzi z nieśmiertelnego repertuaru Edith Piaf , a tutaj w znakomitym wykonaniu Michała Bajora, który w 2011 wydał płytę pt.: Od Piaf do Garou. Z języka francuskiego teksty piosenek przełożył Wojciech Młynarski.
A ja z rozrzewnieniem wspominam recital Michała Bajora w Teatrze Rozrywki w Chorzowie w 2012r. Właśnie tam zdobyłam autograf barda.