wtorek, 31 grudnia 2013

" Z nowym rokiem nowym krokiem."?


Nie wiem jak Wy, ale ja wyrosłam z wiary, że Nowy Rok wszystko zmieni. 
A co do przysłowia... Ja nie chcę " iść nowym krokiem",  a starym, obranym świadomie, życzyłabym sobie tylko, żeby ten 2014 rok wzmocnił go.
Sobie i Wam życzę więcej konsekwencji w realizowaniu planów, a mniej narzekania;-)

Jestem tym typem, który nie cieszy się radośnie z nadejścia Nowego Roku, a nostalgicznie. 
31 grudnia zawsze jest mi żal kończącego się roku, przecież to jego ostatni dzień, jego agonia.
Z czego się tu cieszyć? Z tego, że jesteśmy o rok starsi, więc ubywa nam nie tylko młodości, ale po prostu życia?
Warto sobie, m.in. to od czasu do czasu uzmysłowić, po to by nie przegapić tego co w życiu ważne:

                                       źródło

Chyba ludzie za pomocą huku otwieranych szampanów i wypitych bąbelków, chcą zagłuszyć te refleksyjne myśli. Bo dla mnie 31 grudnia to czas refleksji. Nie boję się go.

A dla Was?

Szczęśliwego, w pełnym zdrowiu 2014 roku!


wtorek, 24 grudnia 2013




Wesołych, spokojnych i zdrowych Świąt Bożego Narodzenia
oraz prawdziwego spotkania z bliźnimi życzę Wam z całego serca.
                                                               
                                                                                   Laura Bellini


niedziela, 15 grudnia 2013

Elvis Presley: Heartbreak Hotel 1968 r.- Comeback Special.

Musicie to zobaczyć!


Wielki powrót Elvisa w 1968 r., kiedy to po ponad dziesięciu latach pracy w Hollywood, zorientował się, że przez te wszystkie lata był wykorzystywany i traktowany jak maszynka do robienia pieniędzy, kosztem muzyki. Elvis był wabikiem, który miał przyciągnąć do kin tłumy, natomiast nikomu nie zależało na jego rozwoju jako aktora, dlatego powierzali mu mało ambitne, jednorodne role.


                                                                                 źródło

                                                                                       

Na szczęście, dla ludzi tak utalentowanych, lata przerwy nie robią różnicy. Jeśli ktoś rodzi się geniuszem, nawet czas tego nie zatrze.

Spójrzcie, jakie cudowne poczucie humoru i perlisty śmiech posiadał Elvis. Czyż nie?

W 2012 roku cały koncert  został udostępniony na Youtube, wcześniej były dostępne tylko fragmenty. Polecam. Akurat na święta:-).

sobota, 14 grudnia 2013

Elvis Presley- THE KING IS ONLY ONE.


Cóż mogę poradzić, kocham tego gościa i jego głos. Król jest tylko jeden. Forever ;-). Ten najbardziej męski z męskich- Elvis:
                                                                                                źrodło
                                                                 

wtorek, 10 grudnia 2013



" Recepta na udany związek?

 Po prostu kochać się i mieć dobrą wolę."

                                                                         Laura Bellini


sobota, 7 grudnia 2013

Percepcja czasu.

Nie wiem, czy Wy też tak macie. Ale ja czuję się bardzo nierzeczywiście.
Poruszam się do przodu w zwolnionym tempie- ujecie: klatka po klatce.
Iście żółwim tempem.
Natomiast czas niewspółmiernie pędzi obok mnie- tempem ekspresowym. 
To tak, jakbym stała na peronie, a obok mnie, po obu stronach przejechały rozpędzone pociągi. Ja widzę je tak- jak się widzi obrazy zza szyb pociągu- ujęcie: biegnąca klisza.
To już grudzień.
Za chwilę koniec 2013 roku.
Nie mogę w to uwierzyć. Mija 12 miesiąc, a moja percepcja czasu mieści się w stosunku 12:1.
Dla mnie minął tylko styczeń.
A nie cały rok.

Tak bywa czy tak już zawsze będzie?


wtorek, 19 listopada 2013

Zanim nastanie zima...

Zanim nastanie zima i spadnie biały śnieg, przykrywając doszczętnie resztki brunatnych liści, chcę się z wami podzielić moimi fotograficznymi migawkami z tej jakże pięknej i nastrojowej pory roku- jesieni.

Grzybobranie:

Borowik szlachetny, jego kapelusz miał rozmiar obwodu małego wiaderka.








Porównanie z młodziutkim muchomorkiem. Ale kontrast.
Wędrujący żuczek.

Dąbrowa:

Ile wieków ma ten dąb?
















Wobec potęgi Natury człowiek staje się malutki, a jego życie takie krótkie.

Czerwony dąb i żółta topola: 


Wersja we mgle.










I w pełnym słońcu.

Zachwycam się każdą porą roku. A Wy?

sobota, 2 listopada 2013

Debiut "Na wysokim niebie" Danuty Awolusi



Danuta Awolusi to autorka uznanego i bardzo ciekawego bloga, którego odwiedzam od wielu miesięcy. Mojej uwadze nie umknęła informacja o planowanej premierze tej oto książki:
                                                                     

Książkę nabyłam na dwa dni przed planowanym spotkaniem autorskim w Świerklańcu, na które to udało mi się dotrzeć. Powieść połknęłam prawie w jeden dzień. Książka mnie wciągnęła, podczas czytania cały czas towarzyszyła mi ciekawość, o to co będzie dalej. 

"Na wysokim niebie " to opowieść- zwierzenie głównej bohaterki Ani, którą poznajemy w piątej klasie szkoły podstawowej. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej. To głos Ani, jej relacja i wspomnienia.
Książka podzielona jest na cztery części, a te posegregowane są kolejno rozdziałami. Pierwsza cześć jest najobszerniejsza. Ma mocny początek. Wciąga.
Ania to pełnokrwista postać pomimo jej osamotnienia i introwertycznej natury. Było mi przykro podczas lektury, jednak nie płakałam. Piszę o tym dlatego, że na spotkaniu autorskim Danuta Awolusi wspominała o tym, że z wielu stron dochodzą ją glosy o tym, że książka wyciska łzy. Oczywiście wszystko jest względne i zależy od naszej skali wytrzymałości oraz wrażliwości. To prawda, że jest to książka o emocjach i radzeniu sobie z nimi, ale jest i równie emocjonalnie napisana. Daje się odczuć, że pisała to osoba młoda, tak wiernie oddane są realia lat szkolnych, czuć, że te obserwacje są stosunkowo świeże bądź tak mocno zapadły w pamięć, iż autorka tak śmiało i wiarygodnie potrafiła oddać tę duszną, pełną nierówności i napięć atmosferę. Jest zwłaszcza autentyczna w opisach świadomych i nieuświadomionych mąk szkolnych zadawanych przez kolegów i nauczycieli. Celnie sportretowany jest syndrom kozła ofiarnego, a co za tym idzie jego rewers, czyli oprawcy. Boli ukazanie ślepoty otoczenia na prawdę oraz krzywdę Ani.
Z kolejnymi rozdziałami fabuła się rozwija, przybywa postaci. Bohaterka przechodzi stopniową przemianę.
Interesujący jest kluczowy pomysł odnalezienia azylu w książkach przez główną bohaterkę oraz to, że książki stają się jej językiem porozumienia z "dobrą" częścią świata. Biblioteka, książki oraz jej wyobraźnia, to także motor napędzający Anię do tego, aby móc pozwolić sobie pragnąć więcej.
Widzimy dobro zaczynające się pojawiać obok niej coraz częściej, widzimy, że nie jest już taka samotna. 
Natomiast cześć trzecia i czwarta, a zwłaszcza ta ostatnia to nagłe nagromadzenie bolesnych, tragicznych wręcz zdarzeń. Odnoszę wrażenie, że zbyt skrótowo potraktowane jest przedstawienie historii braci Ani, o których nie było zbyt wiele mowy wcześniej poza konstatacją, że po prostu byli. Rozumiem, że to była potrzeba Ani, aby o tym dopowiedzieć do jej własnej historii, i że to właśnie było bardzo osobiste i opowiedziane z jej puntu widzenia (zresztą jak cała książka).To były jej odczucia i jej chęć wytłumaczenia. Dla mnie fabularnie ten wątek odstaje od reszty. Nie wiem czy nie jest zbędny. Po przeczytaniu historii braci miałam wrażenie, że to jest już za dużo, że wystarczy. 
Książka nie jest zawieszona w czasie, możemy to ustalić np. poprzez lata ukazywania się książek z serii o Harrym Potterze, natomiast jest zawieszona w przestrzeni. Z jednej strony autorka wymienia Kraków i Bory Tucholskie, z drugiej pisze enigmatycznie o miejscowości Ani, np:" Do Krakowa nie było daleko, około trzech godzin jazdy " lub pisząc o sąsiadującej miejscowości: " Kiedy wysiedliśmy w punkcie docelowym, poczuliśmy się nieco zagubieni ". Rzuciło mi się to w oczy, bo tego typu wypowiedzi jest więcej i przeszkadza mi to. Myślę teraz o prawidłach sztuki pisania, że ogólnie dla wszystkich powieści lepiej znaleźć  miejsce na mapie bądź jakoś ochrzcić miejsce akcji, choćby to była nazwa zupełnie zmyślona. Jednakże nie ma to absolutnie znaczenia dla pozytywnego wydźwięku książki. Ot, zauważam.
"Na wysokim niebie"  jest trochę moralizatorska, a jakże! Książka daje wyraz staremu morałowi, że dobro zostaje nagrodzone, a zło ukarane oraz pokazuje, że wszelkie konsekwencje, a zwłaszcza te złe mają swe źródło w przeszłości, dzieciństwie, przebytych doświadczeniach.
Nic nie pozostaje bez echa.
Opowiada też o wartości przyjaźni.
Teraz chciałabym  napomknąć trochę o stronie graficznej książki.
Wydanie jest poręczne. Druk ma duże litery. Doceniam szeroki margines od środka książki. Dzięki niemu swobodnie można czytać książkę w łóżku, bez męczącego zaginania książki, by móc przeczytać końcówkę linijki. Oprawa jest miękka, papier matowy, szary, dzięki czemu nie odbija światła. Zdjęcie na okładce jest bardzo  nastrojowe. Przedstawia siedzącą dziewczynę na tle nieba. A na niebie altocumulus floccus perlucidus- chmury piętra średniego, ale na szczęście przeświecające, czyli  nie zasłaniające błękitu, możemy więc uznać za adekwatne do tytułu. Jedynie drażni mnie nie pasujący do reszty i sztucznie wyglądający latawiec.  Jednak całość prezentuje się bardzo profesjonalnie.

Książka porusza. Myśli się o niej. Zżywamy się z główną bohaterką, no i nie tak łatwo jest o niej zapomnieć.
Polecam tę powieść, bo nie można przejść obok niej obojętnie i bynajmniej nie jest to podyktowane regionalną solidarnością :-).
Ciekawa jestem rozwoju debiutantki Danuty Awolusi. Czekam na jej kolejną książkę.
Na koniec pochwalę się, odstaną w kolejce po spotkaniu autorskim dedykacją autorki w moim własnym egzemplarzu " Na wysokim niebie".
                                                                     

czwartek, 31 października 2013

Tarantula


Niedawno śniła mi się tarantula. A dokładnie trzy tarantule. Wymowny był mój strach w tym śnie.
Oto co znalazłam w wielkim senniku internetowym  z tej strony:
tarantulaJesteś kłębkiem nerwów, ciągle towarzyszy Ci stres
bać się tarantuli: masz dość sytuacji nerwowych, koniecznie musisz odpocząć w przeciwnym razie może się to zakończyć jakimś załamaniem psychicznym
zabić tarantulę: uda ci się pokonać swoje lęk












Jestem Stresem. Jestem jednym wielkim Niezrealizowanym Planem.
trzy dni przed moim zachorowaniem.
Nie wiem co się ze mną dzieje, ale w przeciągu miesiąca zachorowałam dwukrotnie na ciężką anginę. Ostatnio gorączkę miałam przez tydzień. Było podejrzenie mononukleozy, ale badania krwi na szczęście wykluczyły tę ewentualność.
Zatrważa mnie to, bo nigdy dotąd nie chorowałam na anginę, a teraz raz za razem. Do tego trzecie zapalenie spojówek w tym roku. I jestem taka słaba, że wszystkie czynności wykonuje" na siłę", zmuszam się.
Dziecko też złapało wirusa "klątwy faraona", towarzyszy jej wysoka gorączka.
Same kataklizmy chorobowe.

Ciekawe, czy ciało właśnie tak odreagowuje ten stres, poprzez atakujące mnie choroby.
A przecież śniły mi się trzy tarantule, a więc stres do potęgi trzeciej
Ów sen śnił mi się .


piątek, 23 sierpnia 2013

Napoleon Bonaparte, Elvis Presley, Jan Paweł II, Andrzej Zaucha- mój sierpniowy miks.



Długo mnie tutaj nie było. Lato chyli się ku końcowi, o czym okrutnie przypomina coraz krótszy dzień, szybki zachód słońca. Ale, aby udokumentować lato, wklejam stare zdjęcie polskiego morza po zachodzie słońca z przepiękną pomarańczowa łuną.

                                                                               

 
Przegapiłam odnotowanie tutaj daty 15 sierpnia, kiedy to przypadła 244 rocznica urodzin Napoleona. W kalendarzu pod tą datą, wdzięcznie nam o tym przypominają imieniny Marii i Napoleona.
Odnotowuję tę rocznicę, bo dla wszystkich odwiedzających ten blog, którzy zdążyli już troszkę mnie poznać, wiadomym jest, że piszę książkę osadzoną w realiach współczesnych Napoleonowi oraz rzecz jasna związaną z nim samym. O tym jakie zrobiłam postępy i czy w ogóle innym razem.

Jeszcze jedna kartka z kalendarza: 16 sierpnia minęła 36 rocznica śmierci króla Elvisa Presleya. Pokój jego duszy.

Zrobił się wpis wspominkowy, ale jeszcze dzisiaj to nie koniec wydobywania przodków na światło dzienne.

Mnie też trzeba wydobyć z otchłani niemocy jakiejś. Odcięłam się od internetu na jakiś czas, pewnie dobrze, że tak się stało. W międzyczasie znowu pojawiły się znane mi dylematy, wiadome wątpliwości, o tym czy pisać, kiedy pisać, jak gospodarować czasem, aby nie mieć poczucia winy, że okradam rodzinę z możliwości wspólnie spędzonego czasu. (Humorystycznie pisałam już o tym tutaj klik.) Nachodzą mnie różne myśli, cisną się na usta znane cytaty, jak ten z księdza Twardowskiego:” Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą". Więc co ja tu robię lub przed plikiem Word mojej książki? Czy nie tracę właśnie czasu na moje akty twórcze? Czas tak szybko płynie...Ucieka. Dziecko coraz mniej dziecinne, coraz bardziej samodzielne, osobne. Czy nie tracę czasu zanim wyfrunie? Z drugiej strony rozsądek, że trzeba robić w życiu, choć o drobinę to co się lubi, bo to wzbogaca, uszczęśliwia, udziela się pozytywnie innym obok mnie. Pewnie nie byłbym taka surowa dla siebie, gdybym mogła mniej czasu spędzać w pracy. Ideałem byłaby praca zawodowa- pisarz, utrzymywanie się z niej, no i pisanie w domu. Wiem, każdy domorosły marzyciel o skrzywieniu humanistycznym tak by chciał. Nie jestem  w tym odosobniona. Czasem żałuje, że parę lat temu  nie startowałam na poważnie do służb mundurowych, a tam, wedle starych przepisów obejmujące ówczesne roczniki rozpoczynające pracę, mogłabym po 15 latach przejść na emeryturę. Kalkuluję tę niesprawiedliwość społeczną na własny użytek. I wyobrażenia powodują, że żałuję. Po 15 latach emerytura- choćby minimum socjalne, ale i ubezpieczenie zdrowotne, no i spokój, czas na pisanie, wciąż jeszcze młodość, a więc siły i czas, czas, czas....
Do tego jeszcze zdobyte doświadczenie, zawsze mogłabym zacząć pisać wiarygodne kryminały na przykład.
Z tym czasem to jest jakieś szaleństwo. Kiedyś tak życie nie pędziło. Kiedyś ludzie wpadali do siebie w niedzielę bez zapowiedzi. A każdy się cieszył, MIAŁ CZAS, upieczone domowe ciasto. Dzisiaj bez telefonu z tygodniowym wyprzedzeniem w tej sprawie , sms-em,  nie daj Bóg, nie pokazuj się, bo zostaniesz obarczony krzywym spojrzeniem lub zastaniesz Nieobecność pod drzwiami mieszkania w najmilszym przypadku. Dzisiaj wszyscy powtarzają: czas to pieniądz. O czasie też rozmyślam- o jego linearności, czy też przeciwnie statyczności. Czas zawsze jest ten sam, to my się zmieniamy, przemijamy, a czas to próżnia, tkwi w miejscu. Zarządzanie czasem to sztuka XXI wieku.
Pewnej niedzieli o siódmej rano w TVP2 był program dokumentalny o błogosławionym JPII. Utkwił mi wywiad z siostrą zakonną  jednego z zakonów w Warszawie ( nie pamiętam nazwy). W każdym razie papież się z nią przyjaźnił i często tam bywał jeszcze jako Karol Wojtyła, zanim zamieszkał w Watykanie. I ta siostra przełożona wspomina, jak pewnego dnia papież je odwiedził. Ona była bardzo zdumiona i zapytała jak to się stało, skoro Jan Paweł II jest tak zajęty i ma mało czasu, a przyjechał do nich pomimo pielgrzymki. A papież odpowiedział-trawestuję, że czas nie rządzi nim , tylko on rządzi czasem. I kto to widział, aby było odwrotnie.
Bardzo mi to utkwiło w pamięci. Właściwie postawiona hierarchia wartości i rzeczy. Jakie to ważne w życiu.
A ja ? Wciąż czas rządzi mną, pogania, panoszy się jako gospodarz, a to ja powinnam go okiełznać, przecież z dnia na dzień go ubywa na mojej linii życia, pora się w końcu nauczyć nad nim panować. Stać się gospodarzem swojego życia i czasu.  Robić rzeczy właściwie i wartościowe, czas ignorować kiedy trzeba, zapomnieć o jego oddechu na plecach. Niech on poczeka.

Dzisiaj w nocy usłyszałam znaną mi, aczkolwiek dawno nie słyszaną piosenkę Andrzeja Zauchy. I doznałam iluminacji niemalże. Nie wiem czy to ten nastrój, ciemna noc, cisza i spokój, że fonia uderzyła mnie z taką mocą, piosenka opanowała kompletnie.
Andrzej Zaucha to taki outsider, artysta pełna gębą, pełen charyzmy. Wyprzedzał swoją epokę, jak każdy geniusz własną urodzony na przestrzeni wieków. Jego wykonania piosenek zawsze były brawurowe i nie do pobicia.
To była piosenka pod tytułem:” Bądź moim natchnieniem”. Słowa do tej piosenki napisał Wojciech Młynarski,  kolejny geniusz, muzykę skomponował Antonii Kopff, też geniusz.
Muzyka jest ponadczasowa, i ten saksofon w tle, głos Andrzeja zadziorny, aktorski we fragmentach… Posłuchajmy.

                                                                               źródło 

Bądź moim natchnieniem,
że świat zmienię przeświadczeniem
pięknym bądź, bo skąd mam je wziąć?
Zły czas unieważnij,
daj blask mojej wyobraźni,
myślom mym bądź, jak czuły rym.

Improwizacją kolorową rządź,
ekranizacją moich marzeń bądź.
Bądź grą gdzie co los to fant,
bądź listem na poste restante.
Blondynką mi bądź niedużą
i moją wielką muzą.

Ja gram, śpiewam tworzę,
a ty hoże me niebożę,
przy mnie siądź,
natchnieniem mym bądź.

Ja jestem facet co w saksofon dmie,
taką mam pracę nie najlżejszą, nie.
Kłopoty mam w moll i w dur.
Potrzeba mi chmur i piór
by niosły mnie swingu skrzydła,
by fraza mi nie brzydła.

Więc bądź moją muzą
bądź mi blondyneczką niedużą.
W skwar czy w deszcz
co robić masz, wiesz
Co masz robić, wiesz:
smaż, gotuj, zmywaj, pierz,
a przytul czasem też,
artystom takich muz
potrzeba i już.


Każdy „artysta” potrzebuje takich muz.
Zwał jak zwał. Twórca, sztukmistrz, naukowiec, wynalazca, malarz, muzyk.
Muzy, niejednokrotnie ŻONY odwalają kawał świetnej roboty, stwarzają warunki do pracy, spokój, a czasem są nieodzowną pomocą na każdym polu, nawet twórczym.
Czy Thomas Mann napisałby wszystkie książki bez swojej żony Katii?
Czy  Pierre Curie miałby takie osiągnięcia bez Marii Skłodowskiej?
Czy Albert Einstein wymyśliłby teorie względności bez swojej żony Milevy?
A Dali bez swojej żony Gali, czy popełniłby te wszystkie surrealistyczne obrazy?
Itd., itd., itd…

Piosenka zgrabnie się łączy z moimi wcześniejszymi rozterkami nad pisaniem, z powodu nawału obowiązków i braku czasu. MOŻE DOBRYM WYJŚCIEM Z SYTUACJI BYŁABY WŁASNA ŻONA, TAKA MUZA NA WYŁĄCZNOŚĆ?


sobota, 27 lipca 2013

Kopie B.B.?


Dzisiaj zapowiadany już wcześniej w komentarzach wpis o naśladowczyniach ikony stylu, bo można już tak śmiało powiedzieć o Brigitte Bardot, patrząc jak pozostali nie tylko się nią inspirują, co naśladują.


Spojrzenie nr 1. 

Kate Moss

Odnoszę wrażenie, że Kate zbudowała karierę na naśladownictwie B. B. Wyznaczyła sobie taką ścieżkę. Brigitte pewnie bardzo jej imponowała. Kate przyjęła nawet jej chimeryczny sposób bycia, te lekko obrażone/urażone miny- toż to Brigitte!


Z wiekiem coraz śmielej stylizuje się na francuską ikonę, kopiując uczesanie, makijaż, miny.
Kate w specjalny sposób obrysowuje konturówka usta,do tego wydyma i rozchyla usta, aby widoczne były górne jedynki, która to mina jest tak charakterystyczna i słynna dla B.B.

Natomiast rynek w prosty i jednoznaczny sposób czerpie z życia B.B. Pierwsze zdjęcie Kate to reklama produktu o nazwie St. Tropez. Jest to samoopalacz dostępny w jednej z sieciowych drogerii. Widzimy na nim Kate patrzącą z ukosa, towarzyszy jej opalenizna i przekonanie, że to lato i opalenizna zdobyta naturalnie w śródziemnomorskim kurorcie St. Tropez, w którym to przecież Brigitte ma dom i jest niemal sztandarem miasteczka, a opalenizna to jej odwieczny atrybut. Nie można było znaleźć bardziej dosłownej nazwy dla produktu.

                                                                            
                                                                                 źródło

Kolejne zdjęcie pochodzi z sesji modowej dla Mango z 2012 r. Jest to również zamierzona stylizacja Kate na Brigitte. Na niektórych spośród tych czarno- białych zdjęć Kate jest bardzo podoba do Brigitte, powiem więcej, Kate jest po prostu zrobiona na B.B. Oceńcie sami.

                                                                                
                                                                                 źródło


Spojrzenie nr.2

Claudia Schiffer

Jedna z czołowych modelek lat '90. Na wielu zdjęciach pozuje na Brigitte, na wielu spośród nich jest na Brigitte wystylizowana, a może raczej ucharakteryzowana. Dawno temu widziałam wywiad z Claudią, w którym wyznała, że wszyscy jej mówią o jej podobieństwie do Brigitte.
Również je dostrzegacie?
                                                                           
                                                                          
                                                                               źródło

Claudia ma więc świadomość podobieństwa, a może raczej po otrzymanych sygnałach od innych osób z branży, zdaje sobie sprawę z zapotrzebowania świata mody na "look" a la Brigitte.

                                                                           
                                                                                źródło               

O ile w przypadku Claudii w moim mniemaniu widać inspirację, żart stylizacji, o tyle w przypadku Kate jest to wypracowane, świadome naśladownictwo.

A Wy co o tym sądzicie?



                                                                               

czwartek, 25 lipca 2013



  "Idea różni się od realizacji, jak wyobrażenie o rzeczy od jej istoty."
                       
                                                                                                             Laura Bellini





środa, 24 lipca 2013



   "Każdy jednostkowy życiorys zasługuje na książkę, a co najmniej blog."
                                                              
                                                                                        Laura Bellini



piątek, 12 lipca 2013

Dlaczego nie jedziemy na wakacje?


                Ten blog z zamierzenia nie miał być politycznym. Jednakowoż takim się staje, kiedy próbuję odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule. Otóż: dlaczego nie jedziemy na wakacje?
Bo nas na wakacje nie stać, brzmi podana najprościej odpowiedź. Ale można ją jeszcze rozwinąć.
Nabieram powietrza w płuca, a więc…
Żyjemy w państwie, gdzie rodziny uczciwie pracujące i zarabiające na życie oraz chcące się rozwijać, żyją z dnia na dzień. Od wypłaty do wypłaty.
Pracuję na pełnym etacie, mąż studiuje, jest potomek, a więc stanowimy  trzyosobową rodzinkę.
Pensja musi pokryć rachunki, nieprzewidziane i niespodziewane opłaty, wystarczyć na jedzenie i czynsz… Każdy, kto wynajmuje mieszkanie, a nie może pomarzyć o własnym, wie co to za piekło. Horrendalne comiesięczne zdzierstwo.
                Delikatnie przesuwamy się w bardzo newralgiczną kwestię w naszym państwie. Dlaczego młode rodziny nie mogą mieć własnego mieszkania, domu, kąta? A jedynie o nim pomarzyć. Dlaczego o nie jest tak bardzo, bardzo trudno (to i tak za mało powiedziane). A jeśli już, to dlaczego staje się ono dorobkiem całożyciowym? By je mieć (oczywiście pomijam przypadki spadku, korzeni magnackich i arystokratycznych), trzeba wziąć kredyt na czterdzieści lat, o ile będzie się miało zdolność kredytową i potem drżeć o to, aby utrzymać pracę, w czasach kiedy to polskie firmy padają jak muchy, a w gazetach obwieszczają, że aby dorobić do emerytury średnio czeka nas  czterokrotne przekwalifikowanie się.
A kiedy kupimy już upragnione dwa pokoje z kuchnią, raty i odsetki pożerają nas. Dlaczego musimy żyć pod dyktat banków? Kto w takim razie ośmieli się pójść o krok dalej i w tej sytuacji zamarzyć o domu z podwórkiem dla dzieci? Te pożądane mieszkanie staja się więzieniem, bo ładując w nie co miesiąc ogromne pieniądze, pozbywamy się w dużym stopniu funduszy na zmiany.
Dlaczego ludzie są skazani na wegetację, pomimo włożonych wielu chęci by życie właśnie takie nie było?
Nie będę tu poruszać innych priorytetowych kwestii, które mnie w moim państwie (chciałam napisać: TYM państwie) denerwują, jak choćby służba zdrowia i pomoc dla młodych rodziców w kwestii opieki nad małymi dziećmi. Dzisiaj piszę o mieszkaniach i o biednym życiu z dnia na dzień.
Coś tu nie gra.
Finalnie, pracujesz cały rok na zmianę w dzień i w nocy, masz w końcu upragniony urlop, a w tym czasie kupujesz farby i malujesz wynajęte mieszkanie, bo się sypie. Robisz to samodzielnie, bo na wynajęcie malarza cię nie stać. Bo „ życie” jest takie drogie, a państwo tak nieprzyjazne dla swoich podatników, którzy chcą tylko pracować i godnie żyć. Uwolnić ceny! Krzyczę.


czwartek, 4 lipca 2013

Brigitte Bardot i Dario Moreno


Pozostając przy letniej i tanecznej tematyce oraz Brigitte Bardot, chciałabym pokazać Wam jeszcze jeden krótki fragmencik filmowy.
Często go oglądam, kiedy chcę zobaczyć prawdziwą radość życia, energię i wyraz twarzy, który podczas tańca jest autentycznie błogi.
To fragment filmu " Czy chciałby pan ze mną zatańczyć?" z 1959 r. Brigitte tańczy razem z Dario Moreno, którego twarz, osobowość- to  prawdziwa vis comica.
Brigitte wygląda zjawiskowo, to okres kiedy była najurodziwsza. Zawsze była i jest piękna, ale w tym czasie wręcz rozkwitała. Hm.. Chociaż ja uwielbiam również jej nastoletnie zdjęcia, kiedy to zaczynała  jako modelka. Jeszcze wtedy nie blondynka, a całkowicie naturalna szatynkowata trzpiotka...
Brigitte kochała taniec od dziecka, uczęszczała do szkoły baletowej- jej lekkość, wysmukła szyja i proste plecy to efekt starannego wychowania i ćwiczeń przy drążku.
Kocha taniec i to widać.

Zobaczmy:

                                                                            źrodło

Długie nogi. Uśmiechnięta buzia. Młodość...I cóż za talia:-)


Jak Wam się podoba?

poniedziałek, 1 lipca 2013

Na dobry początek lata Brigitte Bardot i Daphne Groeneveld

Dzień dobry,

Witam was wszystkich gorąco w ten niezbyt ciepły pierwszy lipcowy dzień.
Dzisiaj chciałabym Wam kochani Czytelnicy, pokazać optymistyczne,pełne lata, słońca i ciepła filmy, i co nieco o nich napisać.
Na pierwszym planie wysuwają się dwie gwiazdy: Brigitte Bardot i  śródziemnomorskie miasteczko Saint Tropez.
Uwielbiam Brigitte za jej urodę, kunszt aktorski, dobre serce dla zwierząt. To osóbka posiadająca niebywały charakterek, czasem niewyparzony języczek, a przy tym mająca w sobie mnóstwo seksapilu, czaru, sensualności...
Chciałabym w przyszłości napisać kilka postów o niej. Napisać o jej Dzienniku, który czytałam kilkukrotnie. Jest tam wiele wątków o których myślę, które analizuję, w końcu nie dają mi spokoju...Ale z pewnością będą to rozważania dużo bardziej poważne, a ten wpis ma być apoteozą lata!
Więc nie będę przynudzać.
Na wstępie film, ale nie z Brigitte.
W czerwcu minął rok od premiery filmu Diora, reklamującego perfumy Dior Addict -nowy zapach Eau Delice.
Reklama owa to remake  filmu Brigitte Bardot: "I Bóg stworzył kobietę", w reżyserii Rogera Vadima, pierwszego męża Brigitte.
W filmie Diora role Brigitte odgrywa, piękna i bardzo młoda modelka (rok ur.1994) Daphne Groeneveld.
Wszystko jest a la Brigitte, wnętrza, klimat, muzyka na wstępie rodem z kina lat 50. Daphne również tańczy słynne mambo na stole w kawiarni.
Zobaczmy.

                                                                            

                                                                            źródło

Czujecie to popołudniowe słońce i wiatr we włosach, podczas przechadzek wąskimi uliczkami, łowiąc w przelocie zaciekawione męskie spojrzenia? Ach, Saint Tropez jak cudownie byłoby tam pojechać...

Sama Brigitte kupując w S. Tropez dom la Madrague, nie poznaje miasta od tamtej chwili. Na początku był to cudownie, leniwy wakacyjny kurort, natomiast wraz z kupnem domu, w każde wakacje tłumy reporterów, a właściwie wściekłych paparazzich nawiedzały tę mieścinę, chcąc zdobyć zdjęcia Brigitte i jej gości. Głodni fotorepoterzy uciekali się do różnych forteli, z wchodzeniem na  drzewa czy wpływaniem do zatoki od strony morza, wprost na jej dom, by z tafli strzelać do niej z obiektywu włącznie. Brigitte w swojej książce "Dziennik B.B". pisze nawet o działaniu jednego z biur podroży, które nielegalnie chcąc wykorzystać jej sławę, sprzedało niemieckim turystom wycieczkę do S.Tropez , w programie ze zwiedzaniem domu Brigitte. Pewnego pięknego dnia podjechał taki autokar pod jej dom i najnormalniej w świecie ci turyści zadzwonili do drzwi. Wzięli to na poważnie, ... zapłacili za to. To taka anegdota. W każdym razie wścibscy podglądacze,  namolni turyści bezpowrotnie zmienili tę nadmorską mieścinę.

A teraz fragment pierwowzoru z 1956r. "I Bóg stworzył kobietę", dziki taniec niespełna 22- letniej Brigitte i jej rozmarzone oczy.

                                              
                                                                
W "I Bóg stworzył kobietę"  Brigitte zagrała u boku młodego Jeana- Louisa Trintignant'a, który był miłością  jej życia. Spędzili  ze sobą tylko siedem dni cudownych wakacji, w zupełnej głuszy, z dala od ludzi , w prowansalskiej chatce. Te siedem dni Brigitte wspomina jako najpiękniesze i najszczęśliwsze w swoim życiu. Ich uczucie wybuchło oczywiście na planie tego filmu. O J.L.Trintignant stało się ostatnio  głośno za sprawą filmu "Miłość". Zastanawiam się, co czuła Brigitte , słysząc o jego udanej roli. Pewnie się cieszyła.
Brigitte to niebywale temperamenta kobieta w wielu dziedzinach życia. Tańczy lekko jak piórko.

Teraz możemy się rozmarzyć o zielonym, spienionym morzu, gorącym piasku, kawach wypijanych w malutkich knajpach usytuowanych przy deptaku, zachodach słońca...O tym wszystkim z czym kojarzą się wakacje...
Miłych, pełnych odpoczynku, słońca wakacji wszystkim życzę.




sobota, 29 czerwca 2013

Niestrawna papka i pytania


          Wszędzie eksperci. W telewizji śniadaniowej, radio, gazetach. Poradników tysiące. Wydaje się, że nie umiemy już nic, a potrzebujemy instrukcji do tego jak zrobić pierwszy krok, zaparzyć herbatę, kochać.
Wszystko jest nam tłumaczone, objaśniane, "zło" często psychologizowane. Stara rzecz: dekalog.
Któż o nim dzisiaj pamięta?
Komu on daje dzisiaj odpowiedzi?
Kto snuje rozważania na jego temat?


czwartek, 27 czerwca 2013

Co łączy tych trzech Panów?

                                                           

                                                                   CLARK  GABLE
                                             


źródło
                                                                          1. UŚMIECH.



                                                                    ELVIS PRESLEY



źródło zdjęcia

                                                                              2. TALENT.



                                                                    PITBULL


                                                                   
źródło zdjecia
                                                                  
                                                                        3.IKRA.



                                                                      

sobota, 22 czerwca 2013

Paryż...




"Każdej kobiecie potrzeba sześciu miesięcy Paryża, by poznała, co jej się należy i jaką jest jej władza."

                                                  Napoleon Bonaparte
                                                                            (z listu do brata Józefa z 18.07.1795r.)




wtorek, 18 czerwca 2013

Jestem oszołomiona zielenią i oczadzona zapachem.


           Nie pamiętam od lat tak bujnej i zielonej roślinności wiosną. Deszczu mamy w nadmiarze, ale właśnie dzięki niemu wszystkie drzewa, krzewy, trawy i zioła są w pełni napite i nasycone minerałami. Lipy, kasztanowce, sosny, modrzewie, topole- wszystkie tak przesycone barwą. Hojnie ubrane w listowie korony drzew, tworzą zielone kopuły, zielone parasole. Akacje w tym roku zakwitły upajająco, uginając się wprost od ilości kwiatów. Nie wiem czy w poprzednich latach kwiecia miały mniej, czy też ja nie poświęciłam im wtenczas należytej uwagi, w co wątpię.
Nad całą tą zielenią unoszą się opary wilgoci, po deszczu.Wszystko pachnie: runo leśne, zielone dywany z mchów, łąki przyozdobione polnymi kwiatami. Ptaki śpiewają w tej gęstwinie jak szalone świergotem szczęśliwym i hałaśliwym. Jest pięknie.


                                                        *****

Jan Kochanowski


      Ta fraszka na koniec to komentarz o mnie.

środa, 29 maja 2013

Spóźnione doniesienia z działki.


W ziemi, siłą natury kiełkują kolejne niestrudzone nasiona, a są to: rzodkiewka, pietruszka, bób, fasolka szparagowa, patisony,dynia, jarmuż, cebula.

Największe postępy poczyniła kalarepa. Bardzo szybko rośnie. Ale wszystko ładnie wzeszło: cukinia, buraczki, czosnek. Wszystko.

w odstępach czasu ta moja zabawa w ogrodnika się odbywa. Niestety. Ale wierzę, że nasionko do gruntu włożone z taką miłością, da odpowiednie plony.

wtorek, 28 maja 2013

Dlaczego czujemy sie gnuśnie?


Mąż nie pije, nie bije, nie zdradza, nie oczernia, nie okłamuje, a mimo to czujemy się gnuśnie, taki stan ciut przed nieszczęśliwie.
A zastanówmy się- gdyby pił, bił, zdradzał, oczerniał, okłamywał?
Wtedy nie miałybyśmy czasu na narzekanie. Starałybyśmy się wiązać koniec z końcem. Stwarzałybyśmy  dzieciom dom. Próbowałybyśmy  trzymać fason i pion. Nie na pokaz. Nie. Przeciwstawiałybyśmy  się temu życiu albo zwyczajnie starałybyśmy mu sprostać. Po prostu nie miałybyśmy wyjścia.
                Dzisiaj za szybko się nudzimy. Zbyt szybko. Nie realizujemy swoich zainteresowań. Szara rzeczywistość… Któż jej nie zna? Wszyscy ją znają. Poprzestajemy na minimum czynnościach: gotowanie, sprzątanie, pilnowanie dziecka z lekcjami, przygotowanie ciuchów na następny dzień do pracy, kąpanie, spanie…
Mija kolejny dzień. Jutro będzie podobny. I ten po i popojutrze też. A może by tak wyjść na spacer. Pstryknąć  zdjęcie zachodowi słońca. Spróbować namalować obraz plakatówkami od dzieci. Zrobić sweter na drutach. Przeczytać nową książkę. Poćwiczyć. Zrobić coś twórczego, coś dla siebie.
Jasne, zgodzę się, że są momenty, kiedy nie mamy czasu na nic, a marzymy tylko o śnie. Ale to przemija (mam nadzieję)… Więc skończmy z wymówkami, że nie mamy czasu. To nie brak czasu, a niestety nieraz lenistwo lub zła organizacja czasu.
Ok. Każda kobieta ma prawo do gorszej kondycji, gorszych dni, słodkiego nieróbstwa- bez wyrzutów sumienia, bo one też SĄ potrzebne. I to też jesteśmy my podczas tych dni. Ale zauważmy, że nie wtedy marudzimy kiedy mamy nawał obowiązków. Nie. Wtedy się potrafimy spiąć. Kiedy przychodzi rozprężenie- wtedy, właśnie ten wolny czas zamiast wypełnić CZYMŚ…
My wypełniamy. A jakże. Narzekaniem, marudzeniem, ba, nawet nudzeniem się! Bo coś by się zjadło, gdzieś by się poszło, coś zrobiło, a tu pogoda nie taka, ciemno, zimno, leje deszcz albo za gorąco… Kto by z takimi babami wytrzymał?
Maż nie pije, nie bije, nie zdradza, nie oczernia, nie okłamuje, nie mamy większych problemów, nie jesteśmy obłożnie chore, a mimo to marudzimy. Płaczemy. Złościmy się. Doceńmy naszych mężów. Z pozoru zwykłych „Szaraczków”. A tak naprawdę wiernych Mężów, dobrych Ojców, szczerych Mężczyzn o wielkim sercu, którzy nas kochają i co miesiąc przynoszą wypłatę. Mają swoje kapcie i fotel, ulubione miejsce przy stole. Bo każda kobieta, która takiego Męża posiada jest szczęściarą.
Pora to sobie uzmysłowić wreszcie.

piątek, 24 maja 2013

Dziś tylko tyle...



Myslovitz: "Dłuość dźwięku samotności".



                                                                               źródło